Archiwum kategorii ‘Recenzje’

h1

A po seansie… niedosyt.

styczeń 25, 2009

72111122

No i stało się. 22.01 ogłoszone zostały nominacje do Oscarów 2009. Ja swój przegląd filmów nominowanych zacząłem od  ”Iron Mana”, oczywiście nominowanego w kategorii Najlepszych efektów specjalnych. I trzeba przyznać, że efekty specjalne, to największy atut tej produkcji.

Tony Stark to miliarder zajmujący się produkcją broni służacej obronie USA. Prowadzi beztroski styl życia. Aż do pewnego wydarzenia, po którym jego spojrzenie na produkowaną broń zmieni się diametralnie, a sam zacznie wykorzystywać swoje genialne zdolności w innym kierunku.

Nie ma się co rozczulać – jest to film stawiający w 99% na rozrywkę. Wystarczy podejść do niego pod kątem dobrej zabawy i podziwianiu efektów, a nie mam wątpliwości, że każdemu się spodoba. Pozostaje tylko jeden mały szkopuł. Dzieł tego typu powstało już wiele. I, niestety, na tle innych tego typu produkcji, “Iron Man” wypada dosyć słabo. Jakby czegoś mu brakowało. Może to zbyt mała ilość humoru, może zbyt mało destrukcji. Sam nie wiem, w każdym razie, po seansie zostaje pewien niedosyt. Trzeba przyznać, że obok np. “Transformersów” wypada raczej blado. Jednak broni się grą aktorską [w tym miejscu ukłony dla Roberta Downeya Jr., który idealnie wpasował się w rolę Starka]. A dzięki efektom specjalnym, powinien być godnym konkurentem w zdobyciu Oscara dla “Mrocznego rycerza” i “Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Pożyjemy, zobaczymy.

Ocena 6/10

h1

Uwięziony w budce. Telefonicznej.

grudzień 28, 2008

Ciekawe czy ktokolwiek wyobraża sobie w dzisiejszych czasach życie bez telefonu. Jeżeli nawet są takie osoby, to69005092 zapewne stanowią szczątkowy procent tych, dla których jest to jeden z najbardziej ułatwiających życie i potrzebnych przedmiotów. Film Joel’a Schumacher’a ukazuje trochę inną funkcję telefonu, funkcję, która może przerażać.

Zwykły dzień, bliżej nieokreślone miasto. Ulica, zgiełk, chaos, pośpiech – można rzec – codzienność. Jednak od samego początku nacisk został położony na bardzo praktyczny i potrzebny w dzisiejszym świecie wynalazek, jakim jest telefon. Na wspomnianej ulicy posługuje się nim praktycznie każdy, również nasz bohater – Stuart “Stu” Shepard. Najpierw załatwia interesy za pomocą swojej komórki, później korzysta z budki telefonicznej. Jednak czy ktoś mu w tym nie przeszkodzi? Okazuje się, że komuś na tym usilnie zależy i Stu na pewno nie opuści budki telefonicznej w zwyczajny sposób…

Czy w dzisiejszych czasach możliwe jest zrobienie jakiegoś filmu bez użycia masy efektów specjalnych? Do tego rzecz dziejąca sie w sumie w jednym miejscu? Wydaje się trochę nieprawdopodobne jak na dzisiejsze czasy. Zalewani jesteśmy obrazami z masą efektów specjalnych, podziwiamy różne plenery itd. A tutaj zwyczajne miasto, zero efektów. I co? Dla mnie bomba. Schumacher stworzył film bardzo dobry pod każdym względem. Wszystko dzieje się strasznie szybko, nie ma nawet czasu na myślenie. Przyjmujemy wszystko, jak leci. Niepokój Stuarta, “uwięzionego” w budce telefonicznej, tylko potęguje nasz niepokój. Wręcz sami czujemy się osaczeni. Trzeba przyznać, że Farrell wywiązał się dobrze z postawionego zadania. Brak efektów tylko ukazuje, że podobna historia może wydarzyć się wszędzie, aczkolwiek jest to trochę naciągane myślenie, jednak czy jest to niemożliwe do spełnienia? Na to pytanie trzeba sobie odpowiedzieć samemu.

Obraz ten trwa trochę ponad 80 minut. Jednak, według mnie, żadna poświęcona mu minuta nie jest stracona. O fabule za dużo nie powiedziałem, żeby nie odkrywać przed nikim przyjemności pochłaniania tego dzieła. Jeżeli tylko ktoś lubi filmy, które dzieją się szybko, w których nie ma czasu na myślenie, ale skłaniają do tego po skończonym seansie, to po prostu musi to zobaczyć i tyle.

Ocena: 8/10

h1

To samo drugi raz.

listopad 1, 2008

Remake’i można obrzucać bluzgami, mieszać z błotem. I tak najczęściej się dzieje. Sporo filmów,  nakręconych ponownie, nie dorasta oryginałom do pięt. Nic w tym dziwnego, bo oryginały powinny zostać niedoścignione. Tak też jest w tym przypadku.

Ponad 30 lat temu powstało dzieło wyśmienite, klasyk filmów grozy, jeden z moich ulubionych jeżeli chodzi o horror. 2 lata temu, a dokładnie 6.06.2006 roku, premierę miał remake tego klasyku. Długo zabierałem się za obejrzenie tego obrazu, z góry zakładałem, że będzie słaby. Jednak tym razem moje przypuszczenia nie do końca się sprawdziły. Nowy “Omen”, bo o nim mowa, nie wnosi praktycznie nic nowego, nic, czego nie widzieliśmy w wersji z lat ‘70. Jednak mimo tego, nie jest filmem złym. Powiem więcej – jest całekiem przyzwoity. Podobnie jak pierwowzór ma klimat, dobrą grę aktorską jak i ścieżkę dźwiękową. Jednak to wszystko już było. I nie ma się co rozczulać – jest to film zrobiony prawidłowo, wciągający, jednak nie pokazuje nic nowego. To po prostu nowa wersja, z innymi aktorami. W sumie, może nie powinien w ogóle powstać, bo nie sądzę, aby pierwowzór jakoś specjalnie się zestarzał mimo długiego czasu, jaki minął od jego premiery.

Ocena: 5/10

h1

Puk, puk.

październik 12, 2008

“To wydarzyło się naprawdę.” – już na początku seansu widz zostaje potraktowany takim oto stwierdzeniem. No cóż, jeżeli przeciętny człowiek dowie się, że film, a do tego coś a’la horror, wydarzyło się w przeszłości, to co zrobi? Zapewne uderzy do kina w celu obejrzenia tego arcydzieła. Jednak w tym wypadku nie ma sensu zawracać sobie głowy. “Nieznajomi” mają tyle wspólnego z arcydziełem, co “American Pie” z filmem ambitnym. Krótko mówiąc – nic.

James postanawia zabrać Kirsten do położonego gdzieś poza miastem domku, w celu oświadczenia się jej. Kirsten odrzuca oświadczyny. James dzwoni do przyjaciela, aby ten po nich przyjechał, jednak deklaruje on swoją pomoc dopiero rano. I tak para zostaje w owym domku na całą straszną i ciemną noc. Niespodziewanie do drzwi puka kobieta z pytaniem “Jest Tamara?”. Ale to dopiero początek.

Po udanym zwiastunie, obiecałem sobie, że wybiorę się do kina. Tak też zrobiłem. Jednak to, co zobaczyłem, to raczej jakiś anty-film. Dwójka bohaterów kręci się po domu bez celu. Dialogi są na tyle rozbudowane, że słyszymy dwa, góra trzy słowa podczas rozmowy głównych bohaterów. Pukanie do drzwi jest tak silne, że ja sam miałem wrażenie, że to słoń, nie człowiek stoi po drugiej stronie. Ogólnie, to całe to coś polega na słuchaniu przeraźliwych dźwięków, oglądaniu jednej, przerażonej miny Liv Tyler, która nie wiadomo co robi pośród tego jakże wspaniałego dzieła i czekaniu na zakończenie. Jednak mamy na co czekać! Pod koniec dowiemy się dlaczego owi “Nieznajomi” pukają! Po co to wszystko się dzieje! Wszak, odpowiedź na pytanie “Dlaczego to robicie?” brzmiąca “Bo byliście w domu” może człowieka zniszczyć doszczętnie. Może odbić się na jego psychice do tego stopnia, że ten na każde pukanie do drzwi będzie panikował.

Ten film jest tak żałosny i chaotyczny jak ta recenzja. No cóż, trzeba, pisząc recenzję, zamknąć w niej cały klimat filmu. Pieniędzy na bilet nie żałuję, bo, mam nadzieję, że zobaczyłem film nominowany… do Złotych Malin. Oby tylko.

Ocena: 1/10

h1

Historia Wade’a.

sierpień 30, 2008

W więzieniach siedzą różni ludzie. Jedni za cięższe, inni za lżejsze przestępstwa. Jednak co, jeżeli jakiś człowiek trafi tam nie do końca słusznie?

Wade Porter, w miarę możliwości, układa sobie życie. Ma synka, dziewczynę, z którą niebawem się ożeni. Do szczęścia brakuje mu tylko pieniędzy, jednak i to przestaje być problem, ponieważ bank zgadza się na pożyczkę. Ma rozkręcać własny interes i dzięki temu zapewnić byt swojej rodzinie. Niestety, zbyt sielankowy nastrój zostaje przerwany pewnej nocy, kiedy do domu Wade’a wkrada się złodziej. Porter, chcący chronić swoją rodzinę, próbuje złapać uciekającego napastnika, przy czym nieopacznie go zabija. Zostaje skazany na 3 lata pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci, jednak sprawy co raz bardziej się komplikują i trafia do zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, gdzie władzę sprawuje skorumpowany porucznik Jackson.

Motyw człowieka niesłusznie oskarżonego i osadzonego w więzieniu pojawił się już w znakomitej ekranizacji prozy Kinga, a mianowicie w filmie “Skazani na Shawshank” Franka Darabonta. I w sumie na tym etapie podobieństwo “Felona” co do “Skazanych…” się kończy. Widać jak najbardziej inspirację dziełem Darabonta, ale R. R. Waugh poszedł inną ścieżką i wyszło mu to całkiem przyzwoicie.

Obraz ten ma na celu ukazanie reali życia w zakładach karnych o zaostrzonym rygorze. Pokazuje, jak ważna jest przynależność do jakiejś grupy, ponieważ w pojedynkę przetrwanie w takim miejscu jest praktycznie niemożliwe. Jednak to tylko jedna strona tej produkcji. Reżyser skupił się także na innej. Jak wiemy, Wade niesłusznie trafił do więzienia o takim charakterze, więc próbuje się stamtąd wydostać. Jednak nie jest to takie podejście do sprawy, jakie zaprezentował nam serial “Prison Break”. Porter, dzięki przynależności do grupy, sprawności fizycznej i nieustannej myśli o rodzinie, przetrwał i nie został złamany. Przy pomocy ludzi z zewnątrz, udowodnił, co tak naprawdę działo się w zakładzie, do czego doprowadzał Jackson. Tutaj, została także ukazana najwyższa forma możliwego poświęcenia, a mianowicie oddanie swojego życia w imię wyższych celów.

Nie jest to tak porywająca, skłaniająca do refleksji i wzruszająca opowieść, jak ekranizacja “Skazanych na Shawshank”, jednak warto zobaczyć, bo to po prostu bardzo dobrze zrobiony film, z dobrą grą aktorską, zainspirowany tamtą historią.

Ocena: 7/10

h1

Zło pokonane kolejny raz.

sierpień 27, 2008

Motyw walki dobra ze złem pojawia się w wielu filmach. Nie każdy z nich jest wysokich lotów. Jest to temat tak oklepany, że aż strach podchodzić do każdego nowego dzieła o tym traktującego. Jednak “Kroniki Spiderwick” Marka Watersa można oglądać bez wahania.

Helen Grace, wraz z trójką swoich dzieci, przeprowadza się do starego domu na odludziu, w którym zaczynają dziać się dziwne zjawiska. Jared, który znajduje przypadkiem pewną księgę, poznaje prawdę o otaczającym go świecie w okolicach posiadłości, a tym samym sprowadza na siebie i swoją rodzinę niebezpieczeństwo. Przy pomocy swojego rodzeństwa stawi czoła złu, które pragnie poznać tajemnice skrywane przez ową księgę.

Jest to historia przede wszystkim skierowana do dzieci. Ale nie do końca. Gdybym ja, w wieku powiedzmy 7 lat, zobaczył niektóre magiczne postaci występujące w filmie, to chyba nie byłbym zadowolony, a bardziej posikany ze strachu. Mimo to, historia ta zachowuje jeden bardzo ważny schemat filmów familijnych, a mianowicie pokonanie zła przez dobro. Jest to jak najbardziej na miejscu, biorąc pod uwagę grono potencjalnych odbiorców, przez co dzieło to jest również bardzo przewidywalne. Jednak, prowadzona zręczną ręką reżysera historia, mimo, że niczym nie zaskakuje, porywa nas w świat magii bez problemu. Nie trudno się odstresować, zapomnieć o trudach życia codziennego, na rzecz udania się w świat przedstawiony.

Obok takich produkcji, jak “Harry Potter” czy “Opowieści z Narnii”, obraz ten wydaje się bardzo kameralny. Nie był ani jakoś szczególnie promowany, ani też robiony z wielkim rozmachem. Absolutnie mu to nie zaszkodziło. Może nawet pomogło, bo dobrze ogląda się film ze świadomością, że nie jest powszechnym obiektem kultu i wtedy łatwiej wyrobić sobie zdanie na jego temat, bez odgórnego kierowania się opinią publiczną.

Wszystko jest na swoim miejscu, nic nie przynudza, nie ciągnie się i ani się obejrzymy, kiedy historia skończy się happy endem. Ot, dobrze opowiedziana, przyzwoicie zrobiona produkcja, nie tylko dla dzieci.

Ocena: 7/10

h1

Reżim Idi Amina.

sierpień 25, 2008

Ludzie umieją udawać, pod pozorami kryć twarz. I nic w tym złego, jeżeli nie wyrządzają nikomu krzywdy. Sytuacja diametralnie się zmienia, kiedy pod pozorem większego dobra, stają się tyranami i po kolei niszczą wszystkich, którzy staną im na drodze.

Młody lekarz, Nicholas Garrigan, krótko po zdobyciu dyplomu, wyjeżdża do Ugandy w celu przeżycia niesamowitej przygody oraz pomocy tubylcom. Niespodziewanie zostaje zauważony przez tamtejszego prezydenta, Idi Amina, i zostaje jego osobistym medykiem jak i doradcą. W osobie władcy widzi przede wszystkim dobrego przywódcę, kochającego ojca jak i wspaniałego człowieka. Jednak wydarzą się rzeczy, które całkowicie zmienią nastawienie młodego medyka co do dyktatora, a jego życie zawiśnie na włosku.

Osobę Amina poznajemy z czasem, oczami Garrigana. To on odkrywa przed nami co raz to nowsze cechy prezydenta. Początkowo obraz ten jest przyjemny, nawet humorystyczny. Jednak z czasem, zmienia się w co raz bardziej odpychający, wraz z nowymi przeżyciami Garrigana, żeby pod koniec stać się wręcz obrzydliwy. Nie jest to wszystko może ukazane bardzo dobitnie (o ofiarach reżimu przede wszystkim się mówi, nie pokazuje), jednak jest kilka naprawdę mocnych scen, które ruszą niejednego człowieka. A zakończenie ogląda się z takim skupieniem i zainteresowaniem, że jeszcze w trakcie napisów końcowych, trudno oderwać wzork od ekranu.

Poprzez postać Idi Amina widzimy, jacy niektórzy ludzie potrafią się stać, jak walczyć o swoją pozycję i co robić ludziom, którzy ośmielili się ich zdradzić. Jednak Amin nie działa sam. On ma od tego osoby, które wiernie spełnią jego rozkazy. Sam nie brudzi sobie rąk, a gdy widzi, do czego doprowadzają jego działania, stwierdza, że to nie miejsce dla niego i odchodzi gdzie indziej, pokazując swoją zakłamaną twarz dobrego człowieka. Chyba właśnie w taki sposób postępują tchórze, którzy nie umieją patrzeć na wyrządzane przez siebie krzywdy, a tylko ukrywać wszystko grą pozorów. Smutne jest tylko to, że tacy “ludzie” naprawdę istnieją, co potwierdza ten film, bazujący na wydarzeniach autentycznych.

Jednak to, co tak naprawdę podziwiamy na ekranie, to kreacja aktorska Foresta Whitekera. Wyśmienicie wpasował się w rolę prezydenta, czemu Amerykańska Akademia Filmowa nie pozostała dłużna i słusznie nagrodziła go Oscarem w 2007 roku. To zarazem najlepsza rola Amerykanina w historii jego aktorskiej kariery. Po prostu majstersztyk.

Jest to skłaniający do refleksji, bardzo dobrze zrobiny dramat,  który każdy powinien zobaczyć, chociażby dla podziwnia świetnej roli Whitekera. Jednak uważajcie na niektóre sceny, bo są rzeczywiście mocne. I niech nie zwiedzie Was tytuł. To tylko przenośnia.

Ocena: 8/10

h1

Magicznie, jednak niedoskonale.

sierpień 24, 2008

Samotność może wywoływać u ludzi różne odczucia. Jedni ją lubią, inni wręcz szaleją, kiedy nie mają się do kogo odezwać czy z kim pobyć. A jeszcze inni wymyślają sobie różne niestworzone rzeczy, aby tylko odrzucić od siebie uczucie osamotnienia. Podobnie rzecz ma się w filmie “Dom nad jeziorem” Alejandro Agresti’ego.

Do domu położonego nad jeziorem wprowadza się architekt Alex Wyler. W skrzynce pocztowej odnajduje list byłej lokatorki. Jest zdziwiony, ponieważ dom jest strasznie zaniedbany i początkowo sądził, że był niezamieszkały przez sporo lat. Poprzednią właścicielką okazuje się Kate Forester, lekarka, która porzuciła mieszkanie w owym domu na rzecz pracy w szpitalu w Chicago. Jednak który z bohaterów tak naprawdę pierwszy zamieszkiwał posiadłość? Cechą, która łączy oboje ludzi, jest samotność.

Skrzynka pocztowa. Rzecz taka zwykła, tak dobrze każdemu znana, w filmie Agresti’ego jest czymś w rodzaju łącznika międzyczasowego.  Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, w jakiś niewyjaśniony sposób łączy ze sobą dwie osoby żyjące w tym samym miejscu, jednak w odstępie dwóch lat, a dzięki właśnie tej skrzynce, komunikują się ze sobą listownie. Wydaje się trochę dziwne i w sumie słusznie, bo cały ten obraz taki jest. Ma w sobie coś magicznego. I chwała Bogu, że scenarzyści nie wpadli na “genialny” pomysł wytłumaczenia wątku z ową skrzynką, bo wtedy cały urok tej historii straciłby blask. Ogólnie, jest mało dynamicznie, wręcz ciągnie się to jak flaki z olejem. Sama fabuła musi zainteresować od samego początku, bo inaczej oglądanie nie ma najmniejszego sensu i wtedy najlepiej od razu wyłączyć ten film, niż po seansie wieszać na nim psy.

Reżyser umiejętnie przeplata wątki z życia Alexa z tymi z życia Kate. Przez co obraz nie jest monotonny. Oglądamy kilka scen jednego bohatera, aby później przenieść się w przyszłość (czy też cofnąć się w czasie), aby zobaczyć co słychać u drugiego. Jak najbardziej właściwe podejście.

Jednego, czego najbardziej się obawiałem, to aktorstwo. Szczególnie w wykonaniu Reeves’a. Po oglądaniu jego “popisów” w “Draculi” Coppoli, miałem serdecznie dosyć i na dłuższy czas odpuściłem sobie filmy z jego udziałem. Jednak fabuła “Domu…” zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłem się przełamać i dać mu jeszcze jedną szansę. I dobrze zrobiłem, ponieważ tutaj Keanu wypadł nieźle. Co do Bullock, też nie jestem jakoś specjalnie przekonany. Z reguły irytuje mnie w każdym filmie. Jednak, o dziwo, tutaj jakby wpasowała się w rolę. Niestety nic nie przysłoni wad sceny końcowej, nawet gdyby odbywała się po ciemku. To, że opowieść jest nierealistyczna, to jedna sprawa, jednak to, w jaki sposób bohaterowie okazali sobie na końcu uczucia, woła o pomstę do Nieba. Motyw miłości, która przetrwa wszystko, nawet barierę czasu, też jakoś specjalnie nie zachwyca.

Obraz ten można interpretować na wiele sposobów. Jednak niezaprzeczalnym faktem jest to, że od początku trzeba zainteresować się przedstawioną historią. Przymykając oko na niedoskonałości scenariusza, bez problemu można odpłynąc wraz z następującymi wydarzeniami. Tylko uważajcie, żeby nie zasnąć.

Ocena: 6/10

h1

Uważaj, komu ufasz.

sierpień 23, 2008

Przyjaciel, to ktoś ważny w życiu każdego człowieka. Jednak czy można obdarzyć go bezgranicznym  zaufaniem? A co ważniejsze – czy można oddać w jego ręce swoje życie? Odpowiedź nasuwa się sama, jednak poszukajmy jej w “Przebudzeniu” Joby’ego Harolda.

Clay wiedzie na pozór udane życie. Jest młody, przystojny, prowadzona przez niego firma przynosi ogromne dochody. Ma piękną dziewczynę i kochającą matkę. Jednak to, co na pozór wydaje się różowe, wcale takie nie jest. Mężczyzna ma poważną wadę serca i tylko przeszczep może uratować mu życie. Nie zważając na protesty matki, postanawia poddać się operacji u swojego przyjaciela, Jacka Harpera, który już raz uratował mu życie. Jednak czy to dobra decyzja? Czy pozornie wspaniały przyjaciel okaże się taki w rzeczywistości? Może to matka miała rację?

Film ten dotyczy pewnego fenomenu w dziedzinie medycyny, albowiem niedziałającej narkozy. Po podaniu jej, pacjent na pierwszy rzut oka wygląda na śpiącego, jednak jest on sparaliżowany i czuje każdy ruch lekarza na swoim ciele. Niezbyt przyjemne. Do tego dorzućmy, że osoba ta “wychodzi” ze swojego ciała, dowiaduje się co się święci, jednak kompletnie nic nie może zrobić.

Mowa tu także o czymś innym. O fałszywej przyjaźni, nadmiernym zaufaniu. O tym, do czego niektórzy ludzie są zdolni, aby polepszyć swoją sytuację majątkową. Ale również o poświęceniu własnego życia, w imię pomocy drugiej osobie. W sumie tematy życiowe, mądre. Jednak film ten nie jest jakoś dobitnie przekonujący. Już sam początek przysporzył mnie o dreszcze, bo praktycznie było wiadomo jak owa historia się skończy. Chciałem wyjść z kina, jednak zostałem. Dalej było na szczęście tylko lepiej. Z biegiem czasu wszystko się rozkręca, a my poznajemy prawdziwą naturę “dobrych” i “życzliwych” ludzi.

Jeżeli komuś nie przeszkadza widok wnętrzności, to może zobaczyć. Jednak nie ma się czym ekscytować, bo film ten nie jest jakiś wybitny. Ot, obraz przekazujący mądre prawdy życiowe, dziejący się w szpitalu, a ściślej na sali operacyjnej, bo to ona jest punktem docelowym całej tej historii. I nic poza tym.

Ocena: 6/10

h1

Stracony instynkt.

lipiec 31, 2008

Zwierzęta bez wątpienia posiadają instynkt, dzięki któremu wyczuwają niebezpieczeństwo, wiedzą gdzie jest bezpiecznie. Jednak co stanie się, gdy człowiek zacznie z nimi obcować? Czy również zyska tę zdolność? Czy przystosuje się aż tak, że zapomni, co to znaczy być człowiekiem?

Przed młodym psychiatrą, Theo Calderem, otwierają się drzwi kariery.  Musi zbadać “przypadek”, antropologa,  Dr Ethana Powella, który zaginął kilka lat wcześniej. Czas ten spędził w gronie afrykańskich goryli i dopuścił się morderstwa. Zadanie to nie jest wcale łatwe. Jednak ambitny lekarz zrobi wszystko, aby poznać psychikę antropologa i początkowa chcęć zdobycia rozgłosu, zejdzie z drogi ciekawości i chęci pomocy Powellowi.

Powell zabiera Caldera w niebezpieczną podróż do afrykańskiego buszu. Zabiera w tereny ciężko dostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale nie fizycznie. Jest to podróż czysto fikcyjna, która wydarzyła się wcześniej. Antropolog opowiada psychiatrze, co przeżył, ale robi to podchwytliwie. Oglądając, czasem nie wiadomo, który z bohaterów jest pacjentem. Obaj uczą się od siebie nawzajem. Każdy z nich się czegoś boi. Może są do siebie w jakimś stopniu podobni? Powell uświadamia psychiatrze, że jego życie jest złudzeniem. Że wszystko, to jedno wielkie złudzenie. Jednak w miejscu Caldera można postawić każdego. To taki film, który uczy i wzrusza. Który pokazuje rzeczy istotne. Ale zarazem obraz, który trzeba umieć zrozumieć.

Trzeba wspomnieć o aktorach. Anthony Hopkins w roli Ethana Powella wypadł znakomicie. Jednak czyż mogło być inaczej? Do tego Cuba Gooding Jr. Donald Sutherland dopełnił i mamy co oglądać. Ponad to, na uwagę zasługuje muzyka. Usłyszałem na początku i wiedziałem, że będzie dobra. Takie rzeczy się wyczuwa. I, na szczęście, się nie pomyliłem. Podkreśla charakter filmu, wzrusza i pasuje do zdjęć. Czyli wszystko jest na swoim miejscu.

Wyobraźcie sobie, że ktoś może nie odzywać się przez długi okres czasu. Z normalnego człowieka zmienić się w kogoś niepoczytalnego, nieprzystosowanego do życia w naszym świecie. Jednak czy do czegoś takiego, może doprowadzić obcowanie ze zwierzętami? Okazuje się, że tak. Jednak ile taka osoba zyskuje? Odzyskuje coś, co przeciętny człowiek stracił wiele wieków temu. Odzyskuje ład i harmonię. Jednak zawsze znajdą się ludzie, którzy pragną to zakłócić. Ludzie źli, ale w dzisiejszych czasach takich mnóstwo. A to dzieło ukazuje to bardzo dobrze. Bo Powell, wcześniej pochłonięty bezgranicznie pracą, dzięki obcowaniu z gorylami, odzyskał coś, co inni stracili. Odzyskał tytułowy instynkt. Jednak, oczywiście, po odnazlezieniu, został uznany za nienormalnego. Ale kto tak naprawdę jest nienormalny? No właśnie. Po obejrzeniu, sami odpowiedzcie sobie na to pytanie.

Ocena: 9/10