Początkowo chciałem pisać osobną recenzję o każdym nominowanym filmie, który zobaczę. Jednak, biorąc pod uwagę, że mam zamiar oglądać około dwóch filmów na dzień – był0by sporo roboty. Dlatego postanowiłem założyć jeden temat, w którym napiszę kilka zdań o każdym obejrzanym przeze mnie filmie nominowanym do Oscarów 2009. No to lecimy.
“Wall.E” [reż. Andrew Stanton]

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film animowany, Najlepsza muzyka [Thomas Newman], Najlepsza piosenka [Down to Earth], Scenariusz oryginalny [Andrew Stanton, Pete Docter, Jim Reardon], Najlepszy dźwięk [Tom Myers, Michael Semanick, Ben Burtt].
Film, który wyznacza nowe jakości animacji, bez wątpienia pewnego rodzaju przełom. Chociaż porusza problemy przyziemne, jak ochrona środowiska czy miłości, to i tak ogląda się świetnie. Zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Każdy powinien zobaczyć i docenić. Absolutny nr 1 jeżeli chodzi o film animowany 2008 roku.
Ocena 10/10
“Kung Fu Panda” [reż. Mark Osborne, John Stevenson]

Nominowany w kategorii: Najlepszy film animowany.
Nie przekonał mnie jakoś specjalnie. Ni to bawił, ni porywał. Dla mnie przeciętniak i bez wątpienia skazany na porażkę w walce o Oscary. Ot, kolejny film animowany, zrobiony prawidłowo, ale bez większych emocji, mało śmieszny, a chociaż humorem mógł nadrobić mało oryginalną fabułę. Obraz na jeden raz, do obejrzenia i zapomnienia.
Ocena 6/10
“Mroczny rycerz” [reż. Christopher Nolan]

Nominowany w kategoriach: Aktor drugoplanowy [Heath Ledger], Najlepsze zdjęcia [Wally Pfister], Najlepszy montaż [Lee Smith], Najlepsza charakteryzacja [John Caglione, Jr., Conor O'Sullivan], Najlepsza scenografia i dekoracje [Nathan Crowley, Peter Lando], Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [Richard King], Najlepszy dźwięk [Lora Hirschberg, Gary Rizzo, Ed Novick], Najlepsze efekty specjalne [Nick Davis, Chris Corbould, Tim Webber, Paul Franklin].
To co zrobił ś.p Heath Ledger jest niewyobrażalne. Stworzył kreację, z której aż bije zło. Zło w czystej postaci. Albowiem dla Jokera nieistotne są zyski, istotna jest destrukcja sama w sobie. Bez wątpienia krecja, uhonorowana już Złotym Globem, zasługująca na Oscara. Ogólnie, cały film Nolana ogląda się wyśmienicie. Po seansie pozostaje pewien niedosyt, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wydaje mi się, że to dzieło można oglądać wiele razy, podziwiając wszystko na nowo. Wspomniany Oscar dla Ledgera, to dla mnie formalność, co do reszty – zobaczymy. Brakuje mi tylko nominacji w kategorii ‘najlepszy film roku’.
Ocena 9/10
“Iron Man” [reż. John Favreau]

Nominowany w kategorii: Najlepsze efekty specjalne [John Nelson, Ben Snow, Dan Sudick, Shane Mahan], Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [John Nelson, Ben Snow, Dan Sudick, Shane Mahan].
Film stawiający na rozrywkę i serwujący ją bez zarzutów. Nominowany w kategorii najlepszych efektów specjalnych i bardzo dobrze, bo to największy jego atut. Niestety, obok innych tego typu produkcji wypada dosyć słabo. Może z powodu braku odpowiedniej dawki humoru, może zbyt mało destrukcji. Sam nie wiem. Życzę powodzenia w zdobyciu statuetki, aczkolwiek konkurencja jest silna.
Ocena 6/10
“Spotkanie” [reż. Thomas McCarthy]

Nominowany w kategorii: Najlepszy aktor [Richard Jenkins].
Obraz z jednej strony smutny, z drugiej nastwiający pozytywnie do życia. Ukazujący problem nielegalnych imigrantów w USA. Ukazuje, że człowiek może mieć spaprane życie, nie przez to, że czymś zawinił, ale przez to, że próbuje je sobie ułożyć w USA, a pochodzi z innej części świata. To chyba głowny przekaz tego filmu. Osobiście, wciągnął mnie bardzo. Jenkins zagrał idealnie, ale konkurencja jest silna [Pitt, Rourke, Langella, Penn]. I chociaż [jeszcze!] nie widziałem żadnego obrazu, za które mają nominacje przytoczeni aktorzy, to wydaje mi się, że statuetka do Jenkinsa nie trafi. Jednak sama nominacja, to według mnie, ogromne wyróżnienie.
Ocena 8/10
“Piorun” [reż. Chris Williams, Byron Howard]

Nominowany w kategorii: Najlepszy film animowany.
W tym filmie się zakochałem. I chociaż nie jest wyjątkowo oryginalny, a główny bohater nie jest wyjątkowo sympatyczny, to całość w pewien sposób mnie urzekła. Można dopatrzyć się tutaj nie tylko często powtarzających się w podobnych filmach motywów, jak miłość czy przyjaźń, ale również zobaczyć, jakimi prawami rządzi się Hollywood, w którym nie ma miejsca na ludzkie uczucia, a tylko na marketing i nieustanną pogoń. Ukazuje również, że żeby być bohaterem, niepotrzebne są specjalne zdolnośći, a tylko wiara w siebie. I może stać się nim dosłownie każdy. Ot, bajka na której równie dobrze będą bawiły się dzieci – te wyniosą z tego te proste przesłania, jak i dorośli, których obraz powinien skłonić do myślenia, może nawet zadumy. Cóż, królował z pewnością nie będzie, jednak, dla mnie, obok “Kung Fu Pandy”, wypada o wiele lepiej.
Ocena 8/10
“HAPPY-GO-LUCKY, czyli CO NAS USZCZĘŚLIWIA” [reż. Mike Leigh]

Nominowany w kategorii: Scenariusz oryginalny [Mike Leigh].
To dla mnie pewien fenomen zeszłego roku. I wcale nie dlatego, że to wybitny film [taki w gruncie rzeczy nie jest], ale dlatego, że podchodziłem do niego dwa razy. Za pierwszym razem nie wytrzymałem do końca, wręcz byłem podirytowany tym wszędobylskim natłokiem czasem głupich, czasem może trochę bardziej przemyślanych, wypowiedzi głównej bohaterki – Poppy. Ale obiecałem sobie, że na pewno do niego wrócę, bo jeżeli coś się zaczyna, to należy to skończyć, a w tym przypadku – zobaczyć film do końca. Po powtórnym seansie, jestem mile zaskoczony [i to właśnie jest dla mnie wyżej wspomnianym fenomenem]. Muszę przyznać, że dzieło to jest dosyć oryginalne, a mówi o życiu widzianym oczyma przerysowanej Poppy. Nie wyobrażam sobie spotkać w prawdziwym życiu takiej osoby, bo chociaż z jednej strony to wielka optymistka, to z drugiej bardzo irytuje i, oglądając, nasuwa się człowiekowi chęć uduszenia jej gołymi rękami. Nie wiem dlaczego za drugim razem wytrwałem bez problemu do końca, a nawet te bezsensowne pieprzenie, które wręcz wylewa się z ekranu, podobało mi się. W każdym razie, muszę przyznać, że jest to dzieło na swój sposób niezwykłe i najlepiej zobaczyć je powtórnie, niż od razu wieszać na nim psy. Co do nominacji: jestem jak najbardziej za.
Ocena 7/10
“Slumdog. Milioner z ulicy” [reż. Danny Boyle, Loveleen Tandan]

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Danny Boyle], Najlepsze zdjęcia [Anthony Dod Mantle], Najlepszy montaż [Chris Dickens], Najlepsza muzyka [A.R. Rahman], Najlepsza piosenka [Jai Ho; O Saya], Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [Tom Sayers], Najlepszy dźwięk [Ian Tapp, Richard Pryke, Resul Pookutty].
Pierwszy z piątki nominowanych w kategorii ‘najlepszy film’, który było mi dane zobaczyć. Warto? Zapewne. Ale trzeba zaznaczyć na wstępie: choć jest to dzieło na pewno dobre [co do tego nie mam żadnych wątpliwośći], to nie wydaje mi się, aby zasługiwało na statuetkę w głównej kategorii. Jak dla mnie – zbyt przewidywalny, chociaż fabuła interesująca. Z jednej strony może wydać się oryginalny, z drugiej zaś wysnuwa się z tego zbyt oklepany morał – najlepszym nauczycielem jest życie, a nie szkoły czy książki. Mimo tego, te wady zaciera dobra muzyka, zdjęcia, montaż jak i gra aktorska [przede wszystkim dziecięcych aktorów]. Całość, mimo że przewidywalna, ogląda się dobrze. Obraz jak najbardziej udany, ale jak na razie, mimo, że nie widziałem pozostałej czwórki nominowanych, statuetki za najlepszy film Slumdogowi bym nie przyznał. Zdecydowanie liczę na coś więcej.
Ocena 7/10
“Frost/Nixon” [reż. Ron Howard]

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Ron Howard], Najlepszy aktor [Frank Langella], Scenariusz adaptowany [Peter Morgan], Najlepszy montaż [Mike Hill, Dan Hanley].
Kolejny nominowany m.in. w kategorii ‘najlepszy film’. Cóż mogę powiedzieć? Nie zachwyca. Pierwsza godzina jest, według mnie, nudna. Szczerze, to miałem ochotę w pewnym momencie wyłączyć. Jednak sytuacja nieco zmienia się w drugiej części i bez problemów wytrwałem do końca. Między innymi dlatego nie zasługuje na statuetkę w tej kategorii – obraz, który ją otrzyma, powinien być dla każdego, niezależnie od zainteresowań czy przekonań, na swój sposób uniwersalny. Niestety, jako, że nie jestem wielkim fanatykiem polityki [bo nie oszukujmy się, o tym traktuje w dużej mierze obraz Howarda], nie zostałem przekonany. Jednak klasę pokazał niewątpliwie Frank Langella. Nixon odegrany przez niego, to kawał porządnej gry aktorskiej. Z dobrej strony pokazał się również Michael Sheen, chociaż nominacji nie dostał. A szkoda. Film jak najbardziej udany, ale podobnie jak “Slumdog”, nie zachwycił mnie.
Ocena 7/10
“The Reader” [reż. Stephen Daldry]

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Stephen Daldry], Scenariusz adaptowany [David Hare], Najlepsze zdjęcia [Chris Menges, Roger Deakins].
W chwili pisania tych słów, jestem już po seansie “Obywatela Milka”, który jest, jak na razie, moim faworytem co do ‘najlepszego filmu’. Jednak wcześniej, był nim “Zaklinacz słów” [czy jak kto woli: "Lektor"]. Na pewno lepszy od “Slumdoga” i “Frost/Nixon”. Można go interpretować na kilka sposobów. Jednak nie doświadczyłem czegoś takiego, jak niektórzy: po seansie “siedział” w głowie, nie chciał “wyjść” i skłaniał do długich rozmyślań. Nie wiem dlaczego, ale na mnie tak nie podziałał. Może musiałbym przeczytać książkę, aby odkryć całego jego piękno – nie wiem. Faktem jest, że prezentuje się bardzo dobrze, wciąga od początku po ostatnią minutę. To, wydaje mi się, jeden z tych który powinien spodobać się każdemu i nie pogniewałbym się, gdyby statuetkę rzeczywiście dostał, chociaż wolałbym “Milka”, ale o tym za chwilę. Piszę samymi ogólnikami, bo nie chcę przed nikim odkrywać żadnych elementów fabuły. Przed seansem przeczytałem o czym jest i poniekąd tego żałuję. To prawdopodobnie jeden z tych, o których nic nie powinno się wiedzieć przed obejrzeniem – właśnie poza ogólnikami. Dodam tylko, że na plus działa bez wątpienia bardzo dobra gra aktorska.
Ocena 8/10
“Obywatel Milk” [reż. Gus Van Sant]

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Gus Van Sant], Najlepszy aktor [Sean Penn], Aktor drugoplanowy [Josh Brolin], Scenariusz oryginalny [Dustin Lance Black], Najlepszy montaż [Elliot Graham], Najlepsza muzyka [Danny Elfman].
Film o geju nakręcony przez geja. To już dla niektórych rzecz nie do pomyślenia i od razu go skreślają, może nawet nie oglądając. Śmieszne. W każdym razie, obraz Van Santa nie zasługuje na takie traktowanie. Jest to dzieło niezwykłe, które opowiada o niezwykłym człowieku. Lubię filmy, które mówią o życiu – może dlatego tak mi spasował. Do tego może wydać się niesmaczny [dwoje całujących się mężczyzn na ulicy - bulwersuje? złości? obrzydza? mnie tam pasuje]. I choć w gruncie rzeczy arcydziełem nie jest, to Sean Penn, swoim aktorstwem, wynosi go na wyższą powierzchnię, do arcydzieła zbliżając. Jednak rewolucji nie wywoła, homofob dalej pozostanie homofobem po obejrzeniu tego dzieła, a człowiek tolerancyjny nadal będzie tolerancyjny. Jednak, nie takie było jego zadanie. Jego zadaniem było ukazać, że kiedyś żył ktoś taki jak Harvey Milk, który zrobił wiele dobrego dla homoseksualistów, za co zapłacił najwyższą cenę. I z tego zadania wywiązał się perfekcyjnie. Cóż, mój faworyt jeżeli chodzi o ‘najlepszy film’ jak i ‘najlepszego aktora’.
Ocena 9/10


