Archiwum z lipiec, 2008

h1

Stracony instynkt.

lipiec 31, 2008

Zwierzęta bez wątpienia posiadają instynkt, dzięki któremu wyczuwają niebezpieczeństwo, wiedzą gdzie jest bezpiecznie. Jednak co stanie się, gdy człowiek zacznie z nimi obcować? Czy również zyska tę zdolność? Czy przystosuje się aż tak, że zapomni, co to znaczy być człowiekiem?

Przed młodym psychiatrą, Theo Calderem, otwierają się drzwi kariery.  Musi zbadać “przypadek”, antropologa,  Dr Ethana Powella, który zaginął kilka lat wcześniej. Czas ten spędził w gronie afrykańskich goryli i dopuścił się morderstwa. Zadanie to nie jest wcale łatwe. Jednak ambitny lekarz zrobi wszystko, aby poznać psychikę antropologa i początkowa chcęć zdobycia rozgłosu, zejdzie z drogi ciekawości i chęci pomocy Powellowi.

Powell zabiera Caldera w niebezpieczną podróż do afrykańskiego buszu. Zabiera w tereny ciężko dostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale nie fizycznie. Jest to podróż czysto fikcyjna, która wydarzyła się wcześniej. Antropolog opowiada psychiatrze, co przeżył, ale robi to podchwytliwie. Oglądając, czasem nie wiadomo, który z bohaterów jest pacjentem. Obaj uczą się od siebie nawzajem. Każdy z nich się czegoś boi. Może są do siebie w jakimś stopniu podobni? Powell uświadamia psychiatrze, że jego życie jest złudzeniem. Że wszystko, to jedno wielkie złudzenie. Jednak w miejscu Caldera można postawić każdego. To taki film, który uczy i wzrusza. Który pokazuje rzeczy istotne. Ale zarazem obraz, który trzeba umieć zrozumieć.

Trzeba wspomnieć o aktorach. Anthony Hopkins w roli Ethana Powella wypadł znakomicie. Jednak czyż mogło być inaczej? Do tego Cuba Gooding Jr. Donald Sutherland dopełnił i mamy co oglądać. Ponad to, na uwagę zasługuje muzyka. Usłyszałem na początku i wiedziałem, że będzie dobra. Takie rzeczy się wyczuwa. I, na szczęście, się nie pomyliłem. Podkreśla charakter filmu, wzrusza i pasuje do zdjęć. Czyli wszystko jest na swoim miejscu.

Wyobraźcie sobie, że ktoś może nie odzywać się przez długi okres czasu. Z normalnego człowieka zmienić się w kogoś niepoczytalnego, nieprzystosowanego do życia w naszym świecie. Jednak czy do czegoś takiego, może doprowadzić obcowanie ze zwierzętami? Okazuje się, że tak. Jednak ile taka osoba zyskuje? Odzyskuje coś, co przeciętny człowiek stracił wiele wieków temu. Odzyskuje ład i harmonię. Jednak zawsze znajdą się ludzie, którzy pragną to zakłócić. Ludzie źli, ale w dzisiejszych czasach takich mnóstwo. A to dzieło ukazuje to bardzo dobrze. Bo Powell, wcześniej pochłonięty bezgranicznie pracą, dzięki obcowaniu z gorylami, odzyskał coś, co inni stracili. Odzyskał tytułowy instynkt. Jednak, oczywiście, po odnazlezieniu, został uznany za nienormalnego. Ale kto tak naprawdę jest nienormalny? No właśnie. Po obejrzeniu, sami odpowiedzcie sobie na to pytanie.

Ocena: 9/10

h1

Mało zabawnie.

lipiec 22, 2008

Po to panda wielka. Na swój sposób niezwykła. Jego marzeniem jest zostać mistrzem kung-fu. Jednak nie ma do tego predyspozycji. Jest gruby, lubi dużo jeść. Niezwykłym czyni go również to, że jego ojcem jest… gęś. Cóż, w bajkach wszystko jest możliwe, a Po zostaje niespodziewanie ogłoszony Smoczym Wojownikiem i musi zmierzyć się z wrogiem, który zagraża wiosce.

Z założenia miało być śmiesznie. Miało, bo nie jest. Chyba, że uznamy za zabawne wyśmiewanie się z czyjejś otyłości. A humor kręci się właśnie wokół tego i po kilku podobnych żartach robi się to lekko niestrawne. Do tego, Po do złudzenia przypomina Shreka. Nawet mimiką twarzy, nie wspomnając o zachowaniu i wyglądzie. Jednak nie ma ani takiej charyzmy, ani takiego typu osobowości co Ogr. W sumie, to nawet dobrze, bo wyszłoby na to, że Po to kopia bohatera innego filmu. Dobra, koniec narzekania. Może nie jest śmiesznie, ale jest w miarę ciekawie. Nie zawiewa nudą, cały czas coś się dzieje. To taka typowa produkcja czysto familijna. Nie można jej zarzucić tego, że kończy się happy endem, bo inne zakończenie byłoby nie na miejscu. To po prostu dobrze zrobiona animacja, która niczym szczególnym nie powala na kolana. A mogła – chociaż humorem.

Ocena: 6/10

h1

Proszę Panśtwa, mamy przełom!

lipiec 20, 2008

Nietuzinkowy, mądry, uczący, zabawny, ciekawy, wspaniały… Istnieje wiele przymiotkników, które mogą opisać ten film. Jednak żaden z nich nie zastąpi seansu w kinie. 

O fabule nie będę pisał, bo wydaje mi się to zbędnę, ponieważ o tym dziele mówiło się dużo na długo przed premierą. Mówiło się rzeczy wielkie. Że to przełom, że najlepszy film animowany w historii kinematografii. I jak dla mnie, w tych słowach nie ma przesady. “Wall.E” jest najlepszy. A zapracował sobie na to wszystkim. Od fabuły, poprzez stawiane problemy, do strony technicznej. Animacja gra tu główną rolę, a trzeba przyznać, że to animacja na najwyższym poziomie. Może się wydawać, że oglądamy zwykły film, a nie animowany. Jak już pisałem, stawia mądre problemy. A są one takie oczywiste, każdemu dobrze znane. Jest mowa o zanieczyszczeniu naszej planety, o skrajnej otyłości, do której może doprowadzić całkowite poddanie się techince, o poświęceniu i miłości. Teoretycznie, jest to bajka. W praktyce – film dla całej rodziny. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, bez względu na to, czy ma 3 lata, czy 80. Dialogów jest tutaj mało. To takie współczesne kino nieme. Wypowiedzi robotów ograniczają się do wypowiadania swoich imion, przez co najczęściej słyszymy słowo “Walle” oraz “Eva”. Rzecz ulega zmianie w późniejszej części filmu, kiedy jest więcej dialogów, ale co za tym idzie – więcej akcji. Na początku za dużo się nie dzieje, ale podziwiamy animację. Z czasem akcja nabiera większego tempa, przez co produkcja ta nie jest ani trochę nużąca. Kolejnym ważnym elementem, jest muzyka. Na początku trochę mnie irytowała, ale im bardziej zagłębiałem się w opowiadaną historię, tym bardziej zaczęła mi się podobać. Humoru może nie ma tu tyle, co np. w “Shreku”, ale jest wystarczająco dużo, żeby się pośmiać. Po prostu, wszystko w tym filmie jest wyważone. Jest czas na śmiech, na wzruszenie, na chwilę zadumy. Ale wszystko w odpowiednich ilościach, nic nie jest przesadzone.

“Wall.E” czerpie z wielu filmów. Czy to “Krótkie spięcie”, które przychodzi na myśl zaraz, kiedy ujrzymy wygląd Wall.Ego. Czerpie również z “Gwiezdnych Wojen”, “2001: Odysei Kosmicznej”. Jednak, gdyby głębiej pomyśleć, znajdzie się na pewno więcej takich dzieł. Przez to może się wydawać, że jest to mix różnych filmów i brak w nim jakiejkolwiek oryginalności. Jednak to tylko pozory.

Najnowszy film wytwórni Pixar, to dzieło wybitne, które bez wątpienia odciśnie swoje piętno w historii kina. To po prostu TRZEBA zobaczyć.

Ocena: 10/10

h1

Chaotycznie, ale inteligentnie.

lipiec 19, 2008

Nadchodzi wiek, w którym każdemu przydałby się eliksir młodośći. Tylko co, jeżeli staniemy się młodzi znienacka? Jak potoczy się nasze “nowe” życie? Może odkryjemy w sobie nowe zdolności? A co, jeżeli staniemy się młodsi i już nie będziemy się starzeć? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w najnowszym filmie Francisa Forda Coppoli, który powrócił po 10 latach nieobecności na wielkim ekranie. Czy to udany powrót?

Bukareszt, rok 1938. Nad miastem szaleje burza. 70-letni profesor Dominic Matei zostaje trafiony piorunem. O dziwo przeżywa, a co dziwniejsze – odzyskuje młodość. Z człowieka w podeszłym wieku zamienia się w 40-latka.  Do tego zyskuje zdolności intelektualne, na które nauka nie może znaleźć odpowiedzi. Jego osobą zaczynają interesować się naziści…

Coppola, poprzez “Młodość stulatka”, chciał powrócić do lat młodośći. Jednak ukazał to w bardzo chaotyczny sposób. Przy niektórych scenach nasuwają się głupie myśli. Może ja oglądam “Wioskę przklętych”? Nie, to chyba nie to. To raczej “Indiana Jones”. A może “Egzorcysta”? Jak na mój gust, za dużo się dzieje, za dużo wątków, za dużo wprowadzonych osób. To tylko szkodzi i wprowadza niepotrzebny chaos.

Jednak w filmie zawarty jest duży ładunek intelektualny. Nie jest to dzieło, które zobaczymy w multipleksach, bo nie osiągnęłoby sukcesu kasowego. Obok takich produkcji jak “Iron Man” czy “Opowieści z Narnii”, może wydawać się niepotrzebne i niegodne uwagi. Jednak traktuje o czym innym. O czymś niezbyt zrozumiałym dla szerszej widowni. Na szczęście można odsiać rzeczy niepotrzebne i wyciągnąć tę esencję, rzeczy najistotniejsze. Należy zaznaczyć, że to film w większości “wykonany” przez Coppolę. To on napisał scenariusz, wyreżyserował i wyprodukował. Filmem tym chciał pewnie zaznaczyć, że jeszcze istnieje. Ale, niestety, powoli zaczyna się wypalać.

Ja sam chyba niedużo zrozumiałem. Jednak morał z tego prawdopodobnie taki, że powrót do młodości nie jest wcale taki różowy, jak może się wydawać i należy cieszyć się tym co mamy, czekając na śmierć, bo to ona jest głównym celem naszego życia, a ściślej – jego końcem.

Ocena: 6/10

h1

Król i jego kochanki.

lipiec 14, 2008

Postać Henryka VIII, XVI-wiecznego władcy Anglii, kojarzy chyba każdy. Jednak jeżeli ktoś chce dogłębnie poznać kim tak naprawdę był i co robił, to z tego filmu się nie dowie. Bo podręcznik do historii to nijaki. Za to dramat kostiumowy – całkiem niezły. I tego należy się trzymać.

Jest to w miarę swobodna opowieść o dwóch siostrach Boleyn, które zabiegają o względy króla. Zostają do tego poniekąd zmuszone, przez swojego ojca, Tomasza Boleyn’a, który, dowiedziawszy się, że żona monarchy, Katarzyna Aragońska, nie może urodzić męskiego potomka, postanawia je poświęcić.

Obraz w bardzo dobry sposób ukazuje mentalność czy też zachowanie ludzi XVI-wiecznej Anglii. Zostało to pokazane dobitnie.  Wychodzi na to, że były to osoby [w filmie zobrazowane poprzez Tomasza Boleyn'a i jego brata], które dla polepszenia swojej pozycji społecznej, nie cofnęły się absolutnie przed niczym. Nawet przed poświęceniem swoich dzieci. Jednak głównym atutem filmu, jest muzyka. Już od samego początku wpada w ucho i towarzyszy widzowi do końca seansu. Uwagę trzeba też zwrócić na kostiumy. Dodają filmowi smaku i charakteru.

Pod względem historycznym, obraz ten kuleje. Oczywiście, najważniejsze fakty, zostały ukazane, a raczej główny zarys historii został ukazany prawidłowo. Jednak, tak istotny, konflikt Henryka z papieżem został tylko napomniany w kilku krótkich dialogach. Do tego, Henryk VIII został ukazany, jako człowiek rozdarty wewnętrznie, ogarnięty pożądaniem, a nawet uległy. Siostry, z puszczalskich panienek, zostały zamienione w zagubione, bezbronne i biedne dziewczęta, żeby nie użyć określenia przeczyste dziewice.

Cały fim, to pojedynek aktorski dwóch gwiazd Hollywood: Natalie Portman i Scarlett Johansson. Pojedynek bezapelacyjnie wygrywa Portman. Johansson, chociaż nie zagrała źle, to i tak pozstaje w cieniu swojej filmowej siostry.

Dzieło, przede wszystkim, dla fanów gatunku, bo to dobry dramat kostiumowy. Miłośnikom historii, nie tyle odradzam, co polecam do obejrzenia dla rozrywki, niż w celu zgłębiania swojej wiedzy historycznej.

Ocena: 7/10

h1

O problemach młodego człowieka.

lipiec 10, 2008

Nie jest to film prosty w odbiorze. Nie ogląda się go lekko. Nie podchodzi pod najnowsze trendy. Na swój sposób jest dziwny.  Jednak “Paranoid Park”, bo o nim mowa, bez wątpienia jest filmem godnym uwagi, bo to, co wymieniłem na początku, to jego zalety.

Alex, fan deskorolki, to zwykły nastolatek, stwiający czoła zwykłym problemom, odpowiednim dla ludzi w jego wieku. Do tego trzeba dodać, że rodzice się rozwodzą, a jego dziewczyna myśli tylko o straceniu dziewictwa. Sądzi, że jego życie nie może być bardziej skomplikowane, jednak myli się, bo po pewnym incydencie przy torach kolejowych, poplącze się znacznie bardziej.

Tytułowy Paranoid Park, to skatepark, gdzie spotykają się młodzi ludzie, aby pojeździć na desce. Jednak nie są to do końca przeciętne i szare osoby. Nasz bohater wypowiada zdanie, które najlepiej ich opisuje “Nie ważne jak bardzo skomplikowane masz życie, ich jest dużo gorsze.”. Czyli są to ludzie z problemami, a owy skatepark, to miejsce w którym mogą o tych problemach zapomnieć, poczuć wolność jazdy. Według mnie, to taki symbol ucieczki przed światem, zapomnienia, może nawet bezpieczeństwa.

Historia nie jest opowiedziana chronologicznie. Wątki powtarzają się, nakładają na siebie, uzupełniają. A opowiada nam ją sam Alex, pisząc pamiętnik. W pewnych momentach film znacznie się dłuży. Nie jest dynamiczny i można pokusić się o stwierdzenie, że nic się w nim nie dzieje, ale to tylko pozory. Tak naprawdę dzieje się bardzo dużo, w psychice młodego bohatera. Jest to człowiek samotny, czujący się w pewien sposób odrzucony. Dużo rozmyśla. Po incydencie na torach, próbuje zatrzec ślady, jak morderca działający z premedytacją. Pozbywa się narzędzia “zbrodni”, jakim jest deska, zakrwawionych ubrań. Wykąpaniem się, chce zmazać z siebie piętno mordercy. Później pragnie z kimś porozmawiać, o tym, co się stało, jednak rezygnuje. Van Sant dobrze ukazał zmiany w jego psychice. A ukazał to, eksperymentując z dźwiękiem. Bo nie fabuła jest tu naistotniejsza, ponieważ i tak jest cholernie zagmatwana, żeby dużo można było z niej zrozumieć. Za to dźwięki grają tu ogromną rolę, chociaż nie zawsze są dobrze dobrane, to i tak w 85% budują nastrój tego dzieła.

Spotkałem się z różnymi opiniami na temat tej produkcji. Jedni wieszają na niej psy, uznają za koszmarną nudę, odradzają innym.  Inni – uznają za arcydzieło i najprawdopodobniej zrozumieli o co w tym wszystkim chodzi. Ja stanę gdzieś po środku. Bo film na pewno nie jest totalnym dnem, ani też arcydziełem.

Nigdy nie zagłębiałem się w twórczość Van Santa, ale po obejrzeniu tego dzieła, zrobię to na pewno. A czytałem, że “Paranoid Park”, na tle innych jego filmów, wypada dosyć słabo. Cóż, zobaczymy, ocenimy. Na razie sądzę, że jest to naprawdę dobry dramat psychologiczny.

Ocena: 7/10

h1

Zobaczyłem raz i zobaczę znowu.

lipiec 7, 2008

Zapewne każdy ma taki film, lub nawet kilka takowych, do których wraca przy każdej możliwej okazji, aby po raz n-ty obejrzeć to samo, jednak pochłaniając z zapałem jak za pierwszym razem. I ja mam kilka takich dzieł. Czy to pierwsze trzy części “Omena”, “Milczenie Owiec” czy “Kevin sam w domu/Nowym Jorku”. “Robin Hood: Książę Złodziei”, to bez wątpienia film, do którego powrócę przy najbliższej okazji.

Kim jest Robin Hood, chyba każdy się domyśla. Pokuszę się o stwierdzenie, że każdy dobrze wie. Jednak przybliżę nieco fabułę. Mamy XII wiek. Okres krucjat. Robin (Costner) ucieka z więzienia i, razem ze swoim towarzyszem (Freeman), powraca do swojej ojczyzny – Anglii. Na miejscu czeka go jednak nieprzyjemna niespodzianka, albowiem odkrywa, że jego posiadłość została zniszczona, a do tego rządy na tych terenach przejął demoniczny i zachłanny Szeryf z Nottingham (Rickman). Robin, przez przypadek, poznaje grupę banitów, którzy w lesie szukają schronienia przed szeryfem. Wkrótce zostaje ich przywódcą i namawia do przeciwstawienia się władcy. Zyskuje także sławę, jako ten, który zabiera bogatym i rozdaje biednym…

Jednak o czym tak naprawdę jest “Robin Hood”? Przede wszystkim o przyjaźni, miłości i poświęceniu. Wszystkie te rzeczy zazębiają się ze sobą, aby doprowadzić do głównego motywu: walki dobra ze złem. Cóż, jak kończą się takie historie, chyba każdy wie. Oczywiście dobro zwycięża. Jednak nie wyobrażam sobie innego zakończenia tego dzieła, jak tylko triumf Robina i jego dzielnych kompanów, a unicestwienie zła, jakim jest szeryf. Po prostu tak być musiało. I kropka.

Historia znana, więc co przykuwa uwagę widza? Bez namysłu odpowiem, że akcja. Tutaj nie ma miejsca na nudę. Od początku do końca coś się dzieje. Do tego muzyka, która podtrzymuje akcję, nasyca człowieka niejakim podnieceniem, czyli spełnia swoją rolę w 100% (tutaj ukłony dla Michaela Kamena). No i gra aktorska. Na pewnym forum spotkałem się z pytaniem: “Robin Hood czy Szeryf z Nottingham? Kevin Costner czy Alan Rickman? Który z nich lepiej zagrał swoją rolę?”. Szczerze, to nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony bardzo przekonujący w swojej roli Costner, a z drugiej demoniczny, przebiegły i bezwzględny Rickman. Obydwaj, według mnie, zagrali na podobnym poziomie i nie umiałbym wybrać, który z nich włożył w swoją rolę więcej serca. Z pozostałych aktorów należy wspomnieć Morgana Freemana, Mary Mastrantonio czy Seana Connery’ego, który mimo bardzo, ale to bardzo, epizodycznej roli [pojawia się na sam koniec, może na minutę] wniósł, wydaje mi się, sporo ciepła, jeżeli tak można to ująć.

Obraz ten bez wątpienia zalicza się do gatunku przygodowego, ale jakże humorystycznego. Od razu na myśl przychodzi mi “Indiana Jones” czy “Piraci z Karaibów”, które są połączeniem tych samych chwytów, aby zadowolić widza. Jednak jakże skutecznie spełniających swoją rolę. Można pokusić się o pewien, może nieco naciągany, schemat: akcja, dialog, akcja. Mnie to pasuje.

Cóż tu więcej pisać? Po prostu polecam. Ja się zakochałem.

Na koniec dam pewną wskazówkę: za żadne skarby świata nie oglądajcie tego filmu na kanale telewizyjnym, który podczas tego typu seansów serwuje mnóstwo reklam. To tylko psuje odbiór każdego dzieła, a tego, wydaje mi się, że w szczególności.

Ocena: 9/10