Ucieczka przed zgiełkiem miasta raz jeszcze.
maj 6, 2008
Mamy rodzinę. Mamy ich nowy dom w wiejskiej okolicy. Znajome, prawda? No tak. Było już wiele, wiele razy. Ale może należy po raz n-ty zobaczyć, co tym razem pokaże nam twórca? Ja właśnie dlatego wziąłem się za oglądanie tego filmu.
Cooper i Leah Tilson, wraz z dziećmi, chcą uciec od miejskiego zgiełku. W tym celu szukają domu gdzieś na uboczu, z dala od głośnych ulic, pogoni za pieniądzem, a może nawet od chmary ludzi. I znajdują takie miejsce. “Cold Creek Manor”, bo tak nazywa się owa posiadłość. Kupują ją. Wprowadzają się. Zaczynają generalny remont. Ale oczywiście, sielankowy nastrój nie może trwać wiecznie, bo wtedy ten film nie miałby sensu. Pojawia się były właściciel. Oferuje swoją pomoc, udaje miłego. Oczywiście, jak to bywa w tego typu produkcjach, rodzinka zgadza się, uprzednio zastanawiając się nad tym. Jednak czy miły, z pozoru, mężczyzna okaże się taki w rzeczywistości? To już zobaczcie sami.
Po przeczytaniu opisu dystrybutora na odwrocie pudełka DVD, stwierdziłem, że film może być ciekawy. Nie nastawiałem się na jakieś arcydzieło. Jednak to, co zobaczyły moje oczy, nie można nazwać nawet dobrym filmem. Do połowy jest dosyć nieciekawie. To co ma wprowadzać elementy niepokoju, nie straszy, a to co ma wywoływać napięcie, nie wywołuje go. Rzecz zmienia się dopiero w drugiej części filmu. Ogląda się go z dużo większym zapałem i w znacznie większym napięciu aż do końca. Czyli wychodzi na to, że jedna część zamazuje słabości drugiej, co prowadzi do tego, że obraz ten jest po prostu przeciętny.
Został nam ukazany film z dobrą obsadą [m.in. Quaid, Stone], który tak naprawdę nie pokazuje niczego nowego. Jak najbardziej do obejrzenia i szybkiego zapomnienia, bo w pamięci, to on na pewno długo nie zostanie. Panie Figgis - więcej oryginalności, proszę.
Ocena: 5/10
Napisz odpowiedź