Archiwum z maj, 2008

h1

O przyjaźni i dorastaniu.

maj 12, 2008

Ten piękny film Roba Reinera został nakręcony na podstawie książki “The Body” Stephena Kinga. Nie jest to, jakby mogło się wydawać, film grozy, ale cudowny obraz o dojrzewaniu, poznawaniu siebie, z motywem wędrówki w tle. Od razu widać, że ów dzieło zachwyciło mnie. I tak jest w rzeczywistości.

Mamy rok 1959. Małe miasteczko w Nowej Anglii w USA. I czwórkę przyjaciół, którzy wyruszają w celu odnalezienia ciała swojego rówieśnika, potrąconego przez pociąg kilkadziesiąt kilometrów od wspomnianej miejscowości. Oczywiście, mogą pojechać tam najzwyczajniej autobusem czy też autostopem, jednak wybierają drogę “z buta”. A trzeba zaznaczyć, że będzie to wędrówka, dzięki której dowiedzą się więcej o sobie, może nawet zmieni się ich światopogląd. A droga wiedzie torami kolejowymi…

Od kiedy przeczytałem synopis, dzieło to wydało mi się interesujące, mało banalne. I takie rzeczywiście jest. W filmie ujęty jest obraz Ameryki schyłku lat ‘50. ubiegłego wieku, ale jakże aktualny dzisiaj. Jest mowa o stereotypach czy też ocenie pozornej człowieka, przez co niektórzy z góry są skreśleni. Jednak nigdy nie do końca. Każdy może zawsze zmienić się na lepsze, obalić błędne mity na swój temat, wyjść z cienia. Bohaterowie przeżywają wewnętrzną przemianę, wraz z rozwojem akcji, aby na końcu poznać, co jest tak naprawdę ważne. A przede wszystkim poznają, czym jest prawdziwa przyjaźń.

Młodzi aktorzy perfekcyjnie wywiązują się ze swojego zadania. Jednego z czwórki przyjaciół gra młody River Phoenix, który, gdyby żył, byłby bez wątpienia wielkim aktorem. Chociaż pozostała trójka wcale nie wypadła gorzej. Można powiedzieć, że wszyscy czworo uzupełniają się nawzajem i razem tworzą naprawdę bardzo dobry kwartet. Z innych występujących w tej produkcji aktorów, należy wspomnieć Kiefera Sutherlanda, który, mimo że nie miał bardzo znaczącej roli, również ukazał swoje umiejętności aktorskie.

Jeżeli ktoś kiedykolwiek spotkał się z jakąś książką Kinga, wie, że mają one niepowtarzalny klimat, a w ekranizacji liczy się to, aby chociaż trochę był wyczuwalny. W tym filmie, wyczuwa się go bez największych problemów. Bez problemu wiadomo, kto stoi za ową historią.

Jest to dzieło na pewno warte uwagi. Oglądając je, łatwo przypominamy sobie swoje dzieciństwo, swoich znajomych, przyjaciół. Ukazuje, że przyjaźń i miłość, to wartości najcenniejsze w życiu. Pod wpływem przyjaciół możemy się zmienić na lepsze, inaczej postrzegać świat. Jest to film przede wszystkim o dorastaniu oraz trudami z nim związanymi. “Stań przy mnie” można bez wahania wpisać na listę najlepszych ekranizacji prozy Kinga, obok “Zielonej Mili”, “Skazanych na Shawshank” czy “Lśnienia”. Wystawiam temu filmowi najwyższą ocenę, ponieważ zauroczył mnie, skłonił do refleksji. Szczerze polecam.

Ocena: 10/10

h1

Ucieczka przed zgiełkiem miasta raz jeszcze.

maj 6, 2008

Mamy rodzinę. Mamy ich nowy dom w wiejskiej okolicy. Znajome, prawda? No tak. Było już wiele, wiele razy. Ale może należy po raz n-ty zobaczyć, co tym razem pokaże nam twórca? Ja właśnie dlatego wziąłem się za oglądanie tego filmu.

Cooper i Leah Tilson, wraz z dziećmi, chcą uciec od miejskiego zgiełku. W tym celu szukają domu gdzieś na uboczu, z dala od głośnych ulic, pogoni za pieniądzem, a może nawet od chmary ludzi. I znajdują takie miejsce. “Cold Creek Manor”, bo tak nazywa się owa posiadłość. Kupują ją. Wprowadzają się. Zaczynają generalny remont. Ale oczywiście, sielankowy nastrój nie może trwać wiecznie, bo wtedy ten film nie miałby sensu. Pojawia się były właściciel. Oferuje swoją pomoc, udaje miłego. Oczywiście, jak to bywa w tego typu produkcjach, rodzinka zgadza się, uprzednio zastanawiając się nad tym. Jednak czy miły, z pozoru, mężczyzna okaże się taki w rzeczywistości? To już zobaczcie sami.

Po przeczytaniu opisu dystrybutora na odwrocie pudełka DVD, stwierdziłem, że film może być ciekawy. Nie nastawiałem się na jakieś arcydzieło. Jednak to, co zobaczyły moje oczy, nie można nazwać nawet dobrym filmem. Do połowy jest dosyć nieciekawie. To co ma wprowadzać elementy niepokoju, nie straszy, a to co ma wywoływać napięcie, nie wywołuje go. Rzecz zmienia się dopiero w drugiej części filmu. Ogląda się go z dużo większym zapałem i w znacznie większym napięciu aż do końca. Czyli wychodzi na to, że jedna część zamazuje słabości drugiej, co prowadzi do tego, że obraz ten jest po prostu przeciętny.

Został nam ukazany film z dobrą obsadą [m.in. Quaid, Stone], który tak naprawdę nie pokazuje niczego nowego. Jak najbardziej do obejrzenia i szybkiego zapomnienia, bo w pamięci, to on na pewno długo nie zostanie. Panie Figgis – więcej oryginalności, proszę.

Ocena: 5/10

h1

Bo tak powstało kino s-f…

maj 5, 2008

Od razu należy stwierdzić, że mamy do czynienia z kolejnym fundamentem naszego kochanego kina. Dzieło “Podróż na księżyc” Mélièsa, to kolebka filmów science fiction i pierwszy w historii film tego gatunku. Trwa niespełna 15 minut, a jego premierę datuje się na 1 września 1902 roku.

Obraz opowiada o podróży uczonych na Księżyc. Zostają wystrzeleni ogromną armatą i trafiają do celu, a dokładniej – w jego oko. Na miejscu zostają pojmani przez tubylców. Jednak ucieczka nie jest wcale trudna. Wystarczy parasolem dotknąć czubka głowy nieprzyjaciela, a nastąpi jego unieszkodliwienie.

W filmie oglądamy wiele efektów specjalnych, które naprawdę robią wrażenie. Trzeba pamiętać, że to rok 1902. Osobiście, byłem szczerze zdziwiony, kiedy po obejrzeniu zdałem sobie sprawę, że pochodzi z samego początku XX wieku. Sam datowałem go na lata ‘30. Zupełnie nie dziwi fakt, że po premierze tego dzieła, które było wyświetlane między innymi we Francji i USA, Méliès zdobył międzynarodową sławę.

Polecam ten obraz każdemu. Szczególnie fanom dzisiejszego kina s-f. Zobaczcie jak zrodził się Wasz ulubiony gatunek filmowy. To także obowiązkowy materiał dla innych osób, którzy chcą poznać, od czego zaczęło się tworzenie historii kina.

Ocena: 10/10

h1

Fundament X Muzy.

maj 4, 2008

Lumière. Nazwisko, z którym spotkał się prawdopodobnie każdy, a już na pewno szanujący się kinomaniak. Mamy 28 grudnia 1895 roku. Paryż. Bulwar Kapucynów. A tam rzecz dotychczas niesłychaną: pierwszą publiczną projekcję filmu! Dzieło “Wyjście robotników z fabryki”, bo o nim mowa, to trwający tylko 48 sekund obraz, ale niezwykle ważny w historii kinematografii. Można rzec, że jej fundament.

W tytule zawarte jest praktycznie wszystko. Co nikogo pewnie nie zaskoczy, film ukazuje wyjście robotników z fabryki. Został nakręcony w Lyonie we Francji. No dobra – bracia Lumière ukazali tytułowe wyjście, należy docenić ten obraz i tyle. No nie do końca. Dla mnie, ‘wyjście’ ma znaczenie bardzo symboliczne i metaforyczne. ‘Wyjście’ to wydostanie się skądś, odzyskanie wolności, przejście z ‘ciemności’ do ‘światła’. Ale także otwarcie się na nowe rzeczy, udoskonalanie techniki, poszerzanie horyzontów. I właśnie to jest, wg mnie, najważniejsze. Bracia, poprzez ukazanie tego ‘wyjścia’, chcieli ukazać coś ukrytego, symbolicznego. Chcieli zaznaczyć, że zaczyna się przełom, że zaczyna się nowy rozdział w dziejach ludzkości, że powstaje nowy gatunek sztuki – sztuka filmowa!

Podsumowując, jest to obraz obowiązkowy dla każdego bardziej zainteresowanego w kinie człowieka. Należy pamiętać, że gdyby nie to dzieło, dzisiaj nie byłoby takich filmów jak “Ojciec Chrzestny” czy takich efektów specjalnych, jakimi cieszy się nasze oko podczas oglądania “Transformers”. Po prostu nie byłoby kinematografii. Oczywiście w tym momencie fantazjuję, ale jak dla mnie, to jeden z fundamentów X Muzy.

Ocena: 10/10

Dziwi Was zapewne, dlaczego piszę recenzję tak starego filmu. Otóż, zacząłem oglądać filmy z tej listy – najważniejsze filmy w historii kina. Recenzje będą pojawiały się sukcesywnie.