h1

Oscary 2009 – nominowani

styczeń 26, 2009

Początkowo chciałem pisać osobną recenzję o każdym nominowanym filmie, który zobaczę. Jednak, biorąc pod uwagę, że mam zamiar oglądać około dwóch filmów na dzień – był0by sporo roboty. Dlatego postanowiłem założyć jeden temat, w którym napiszę kilka zdań o każdym obejrzanym przeze mnie filmie nominowanym do Oscarów 2009. No to lecimy.

“Wall.E” [reż. Andrew Stanton]

71973162

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film animowany, Najlepsza muzyka [Thomas Newman], Najlepsza piosenka [Down to Earth], Scenariusz oryginalny [Andrew Stanton, Pete Docter, Jim Reardon], Najlepszy dźwięk [Tom Myers, Michael Semanick, Ben Burtt].

Film, który wyznacza nowe jakości animacji, bez wątpienia pewnego rodzaju przełom. Chociaż porusza problemy przyziemne, jak ochrona środowiska czy miłości, to i tak ogląda się świetnie. Zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Każdy powinien zobaczyć i docenić. Absolutny nr 1 jeżeli chodzi o film animowany 2008 roku.

Ocena 10/10

“Kung Fu Panda” [reż. Mark Osborne, John Stevenson]

719731621

Nominowany w kategorii: Najlepszy film animowany.

Nie przekonał mnie jakoś specjalnie. Ni to bawił, ni porywał. Dla mnie przeciętniak i bez wątpienia skazany na porażkę w walce o Oscary. Ot, kolejny film animowany, zrobiony prawidłowo, ale bez większych emocji, mało śmieszny, a chociaż humorem mógł nadrobić mało oryginalną fabułę. Obraz na jeden raz, do obejrzenia i zapomnienia.

Ocena 6/10

“Mroczny rycerz” [reż. Christopher Nolan]

719731622

Nominowany w kategoriach: Aktor drugoplanowy [Heath Ledger], Najlepsze zdjęcia [Wally Pfister], Najlepszy montaż [Lee Smith], Najlepsza charakteryzacja [John Caglione, Jr., Conor O'Sullivan], Najlepsza scenografia i dekoracje [Nathan Crowley, Peter Lando],  Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [Richard King], Najlepszy dźwięk [Lora Hirschberg, Gary Rizzo, Ed Novick], Najlepsze efekty specjalne [Nick Davis, Chris Corbould, Tim Webber, Paul Franklin].

To co zrobił ś.p Heath Ledger jest niewyobrażalne. Stworzył kreację, z której aż bije zło. Zło w czystej postaci. Albowiem dla Jokera nieistotne są zyski, istotna jest destrukcja sama w sobie. Bez wątpienia krecja, uhonorowana już Złotym Globem, zasługująca na Oscara. Ogólnie, cały film Nolana ogląda się wyśmienicie. Po seansie pozostaje pewien niedosyt, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wydaje mi się, że to dzieło można oglądać wiele razy, podziwiając wszystko na nowo. Wspomniany Oscar dla Ledgera, to dla mnie formalność, co do reszty – zobaczymy. Brakuje mi tylko nominacji w kategorii ‘najlepszy film roku’.

Ocena 9/10

“Iron Man” [reż. John Favreau]

719731624

Nominowany w kategorii: Najlepsze efekty specjalne [John Nelson, Ben Snow, Dan Sudick, Shane Mahan], Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [John Nelson, Ben Snow, Dan Sudick, Shane Mahan].

Film stawiający na rozrywkę i serwujący ją bez zarzutów. Nominowany w kategorii najlepszych efektów specjalnych i bardzo dobrze, bo to największy jego atut. Niestety, obok innych tego typu produkcji wypada dosyć słabo. Może z powodu braku odpowiedniej dawki humoru, może zbyt mało destrukcji. Sam nie wiem. Życzę powodzenia w zdobyciu statuetki, aczkolwiek konkurencja jest silna.

Ocena 6/10

“Spotkanie” [reż. Thomas McCarthy]

719731625

Nominowany w kategorii: Najlepszy aktor [Richard Jenkins].

Obraz z jednej strony smutny, z drugiej nastwiający pozytywnie do życia. Ukazujący problem nielegalnych imigrantów w USA. Ukazuje, że człowiek może mieć spaprane życie, nie przez to, że czymś zawinił, ale przez to, że próbuje je sobie ułożyć w USA, a pochodzi z innej części świata. To chyba głowny przekaz tego filmu. Osobiście, wciągnął mnie bardzo. Jenkins zagrał idealnie, ale konkurencja jest silna [Pitt, Rourke,  Langella, Penn]. I chociaż [jeszcze!] nie widziałem żadnego obrazu, za które mają nominacje przytoczeni aktorzy, to wydaje mi się, że statuetka do Jenkinsa nie trafi. Jednak sama nominacja, to według mnie, ogromne wyróżnienie.

Ocena 8/10

“Piorun” [reż. Chris Williams, Byron Howard]

719731626

Nominowany w kategorii: Najlepszy film animowany.

W tym filmie się zakochałem. I chociaż nie jest wyjątkowo oryginalny, a główny bohater nie jest wyjątkowo sympatyczny, to całość w pewien sposób mnie urzekła. Można dopatrzyć się tutaj nie tylko często powtarzających się w podobnych filmach motywów, jak miłość czy przyjaźń, ale również zobaczyć, jakimi prawami rządzi się Hollywood, w którym nie ma miejsca na ludzkie uczucia, a tylko na marketing i nieustanną pogoń. Ukazuje również, że żeby być bohaterem, niepotrzebne są specjalne zdolnośći, a tylko wiara w siebie. I może stać się nim dosłownie każdy. Ot, bajka na której równie dobrze będą bawiły się dzieci – te wyniosą z tego te proste przesłania, jak i dorośli, których obraz powinien skłonić do myślenia, może nawet zadumy. Cóż, królował z pewnością nie będzie, jednak, dla mnie, obok “Kung Fu Pandy”, wypada o wiele lepiej.

Ocena 8/10

“HAPPY-GO-LUCKY, czyli CO NAS USZCZĘŚLIWIA” [reż. Mike Leigh]

72175372

Nominowany w kategorii: Scenariusz oryginalny [Mike Leigh].

To dla mnie pewien fenomen zeszłego roku. I wcale nie dlatego, że to wybitny film [taki w gruncie rzeczy nie jest], ale dlatego, że podchodziłem do niego dwa razy. Za pierwszym razem nie wytrzymałem do końca, wręcz byłem podirytowany tym wszędobylskim natłokiem czasem głupich, czasem może trochę bardziej przemyślanych, wypowiedzi głównej bohaterki – Poppy. Ale obiecałem sobie, że na pewno do niego wrócę, bo jeżeli coś się zaczyna, to należy to skończyć, a w tym przypadku – zobaczyć film do końca. Po powtórnym seansie, jestem mile zaskoczony [i to właśnie jest dla mnie wyżej wspomnianym fenomenem]. Muszę przyznać, że dzieło to jest dosyć oryginalne, a mówi o życiu widzianym oczyma przerysowanej Poppy. Nie wyobrażam sobie spotkać w prawdziwym życiu takiej osoby, bo chociaż z jednej strony to wielka optymistka, to z drugiej bardzo irytuje i, oglądając, nasuwa się człowiekowi chęć uduszenia jej gołymi rękami. Nie wiem dlaczego za drugim razem wytrwałem bez problemu do końca, a nawet te bezsensowne pieprzenie, które wręcz wylewa się z ekranu, podobało mi się. W każdym razie, muszę przyznać, że jest to dzieło na swój sposób niezwykłe i najlepiej zobaczyć je powtórnie, niż od razu wieszać na nim psy. Co do nominacji: jestem jak najbardziej za.

Ocena 7/10

“Slumdog. Milioner z ulicy” [reż. Danny Boyle, Loveleen Tandan]

72210862

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Danny Boyle], Najlepsze zdjęcia [Anthony Dod Mantle], Najlepszy montaż [Chris Dickens], Najlepsza muzyka [A.R. Rahman], Najlepsza piosenka [Jai Ho; O Saya], Najlepszy montaż efektów dźwiękowych [Tom Sayers], Najlepszy dźwięk [Ian Tapp, Richard Pryke, Resul Pookutty].

Pierwszy z piątki nominowanych w kategorii ‘najlepszy film’, który było mi dane zobaczyć. Warto? Zapewne. Ale trzeba zaznaczyć na wstępie: choć jest to dzieło na pewno dobre [co do tego nie mam żadnych wątpliwośći], to nie wydaje mi się, aby zasługiwało na statuetkę w głównej kategorii. Jak dla mnie – zbyt przewidywalny, chociaż fabuła interesująca. Z jednej strony może wydać się oryginalny, z drugiej zaś wysnuwa się z tego zbyt oklepany morał – najlepszym nauczycielem jest życie, a nie szkoły czy książki. Mimo tego, te wady zaciera dobra muzyka, zdjęcia, montaż jak i gra aktorska [przede wszystkim dziecięcych aktorów]. Całość, mimo że przewidywalna, ogląda się dobrze. Obraz jak najbardziej udany, ale jak na razie, mimo, że nie widziałem pozostałej czwórki nominowanych, statuetki za najlepszy film Slumdogowi bym nie przyznał.  Zdecydowanie liczę na coś więcej.

Ocena 7/10

“Frost/Nixon” [reż. Ron Howard]

72145902

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Ron Howard], Najlepszy aktor [Frank Langella], Scenariusz adaptowany [Peter Morgan], Najlepszy montaż [Mike Hill, Dan Hanley].

Kolejny nominowany m.in. w kategorii ‘najlepszy film’. Cóż mogę powiedzieć? Nie zachwyca. Pierwsza godzina jest, według mnie, nudna. Szczerze, to miałem ochotę w pewnym momencie wyłączyć. Jednak sytuacja nieco zmienia się w drugiej części i bez problemów wytrwałem do końca. Między innymi dlatego nie zasługuje na statuetkę w tej kategorii – obraz, który ją otrzyma, powinien być dla każdego, niezależnie od zainteresowań czy przekonań, na swój sposób uniwersalny. Niestety, jako, że nie jestem wielkim fanatykiem polityki [bo nie oszukujmy się, o tym traktuje w dużej mierze obraz Howarda], nie zostałem przekonany. Jednak klasę pokazał niewątpliwie Frank Langella. Nixon odegrany przez niego, to kawał porządnej gry aktorskiej. Z dobrej strony pokazał się również Michael Sheen, chociaż nominacji nie dostał. A szkoda. Film jak najbardziej udany, ale podobnie jak “Slumdog”, nie zachwycił mnie.

Ocena 7/10

“The Reader” [reż. Stephen Daldry]

721459021

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Stephen Daldry], Scenariusz adaptowany [David Hare], Najlepsze zdjęcia [Chris Menges, Roger Deakins].

W chwili pisania tych słów, jestem już po seansie “Obywatela Milka”, który jest, jak na razie, moim faworytem co do ‘najlepszego filmu’. Jednak wcześniej, był nim “Zaklinacz słów” [czy jak kto woli: "Lektor"]. Na pewno lepszy od “Slumdoga” i “Frost/Nixon”. Można go interpretować na kilka sposobów. Jednak nie doświadczyłem czegoś takiego, jak niektórzy: po seansie “siedział” w głowie, nie chciał “wyjść” i skłaniał do długich rozmyślań. Nie wiem dlaczego, ale na mnie tak nie podziałał. Może musiałbym przeczytać książkę, aby odkryć całego jego piękno – nie wiem. Faktem jest, że prezentuje się bardzo dobrze, wciąga od początku po ostatnią minutę. To, wydaje mi się, jeden z tych który powinien spodobać się każdemu i nie pogniewałbym się, gdyby statuetkę rzeczywiście dostał, chociaż wolałbym “Milka”, ale o tym za chwilę. Piszę samymi  ogólnikami, bo nie chcę przed nikim odkrywać żadnych elementów fabuły. Przed seansem przeczytałem o czym jest i poniekąd tego żałuję. To prawdopodobnie jeden z tych, o których nic nie powinno się wiedzieć przed obejrzeniem – właśnie poza ogólnikami. Dodam tylko, że na plus działa bez wątpienia bardzo dobra gra aktorska.

Ocena 8/10

“Obywatel Milk” [reż. Gus Van Sant]

721459022

Nominowany w kategoriach: Najlepszy film, Najlepszy reżyser [Gus Van Sant], Najlepszy aktor [Sean Penn], Aktor drugoplanowy [Josh Brolin], Scenariusz oryginalny [Dustin Lance Black], Najlepszy montaż [Elliot Graham], Najlepsza muzyka [Danny Elfman].

Film o geju nakręcony przez geja. To już dla niektórych rzecz nie do pomyślenia i od razu go skreślają, może nawet nie oglądając. Śmieszne. W każdym razie, obraz Van Santa nie zasługuje na takie traktowanie. Jest to dzieło niezwykłe, które opowiada o niezwykłym człowieku. Lubię filmy, które mówią o życiu – może dlatego tak mi spasował. Do tego może wydać się niesmaczny [dwoje całujących się mężczyzn na ulicy - bulwersuje? złości? obrzydza? mnie tam pasuje]. I choć w gruncie rzeczy arcydziełem nie jest, to Sean Penn, swoim aktorstwem, wynosi go na wyższą powierzchnię, do arcydzieła zbliżając. Jednak rewolucji nie wywoła, homofob dalej pozostanie homofobem po obejrzeniu tego dzieła, a człowiek tolerancyjny nadal będzie tolerancyjny. Jednak, nie takie było jego zadanie. Jego zadaniem było ukazać, że kiedyś żył ktoś taki jak Harvey Milk, który zrobił wiele dobrego dla homoseksualistów, za co zapłacił najwyższą cenę. I z tego zadania wywiązał się perfekcyjnie. Cóż, mój faworyt jeżeli chodzi o ‘najlepszy film’ jak i ‘najlepszego aktora’.

Ocena 9/10

h1

A po seansie… niedosyt.

styczeń 25, 2009

72111122

No i stało się. 22.01 ogłoszone zostały nominacje do Oscarów 2009. Ja swój przegląd filmów nominowanych zacząłem od  ”Iron Mana”, oczywiście nominowanego w kategorii Najlepszych efektów specjalnych. I trzeba przyznać, że efekty specjalne, to największy atut tej produkcji.

Tony Stark to miliarder zajmujący się produkcją broni służacej obronie USA. Prowadzi beztroski styl życia. Aż do pewnego wydarzenia, po którym jego spojrzenie na produkowaną broń zmieni się diametralnie, a sam zacznie wykorzystywać swoje genialne zdolności w innym kierunku.

Nie ma się co rozczulać – jest to film stawiający w 99% na rozrywkę. Wystarczy podejść do niego pod kątem dobrej zabawy i podziwianiu efektów, a nie mam wątpliwości, że każdemu się spodoba. Pozostaje tylko jeden mały szkopuł. Dzieł tego typu powstało już wiele. I, niestety, na tle innych tego typu produkcji, “Iron Man” wypada dosyć słabo. Jakby czegoś mu brakowało. Może to zbyt mała ilość humoru, może zbyt mało destrukcji. Sam nie wiem, w każdym razie, po seansie zostaje pewien niedosyt. Trzeba przyznać, że obok np. “Transformersów” wypada raczej blado. Jednak broni się grą aktorską [w tym miejscu ukłony dla Roberta Downeya Jr., który idealnie wpasował się w rolę Starka]. A dzięki efektom specjalnym, powinien być godnym konkurentem w zdobyciu Oscara dla “Mrocznego rycerza” i “Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Pożyjemy, zobaczymy.

Ocena 6/10

h1

Uwięziony w budce. Telefonicznej.

grudzień 28, 2008

Ciekawe czy ktokolwiek wyobraża sobie w dzisiejszych czasach życie bez telefonu. Jeżeli nawet są takie osoby, to69005092 zapewne stanowią szczątkowy procent tych, dla których jest to jeden z najbardziej ułatwiających życie i potrzebnych przedmiotów. Film Joel’a Schumacher’a ukazuje trochę inną funkcję telefonu, funkcję, która może przerażać.

Zwykły dzień, bliżej nieokreślone miasto. Ulica, zgiełk, chaos, pośpiech – można rzec – codzienność. Jednak od samego początku nacisk został położony na bardzo praktyczny i potrzebny w dzisiejszym świecie wynalazek, jakim jest telefon. Na wspomnianej ulicy posługuje się nim praktycznie każdy, również nasz bohater – Stuart “Stu” Shepard. Najpierw załatwia interesy za pomocą swojej komórki, później korzysta z budki telefonicznej. Jednak czy ktoś mu w tym nie przeszkodzi? Okazuje się, że komuś na tym usilnie zależy i Stu na pewno nie opuści budki telefonicznej w zwyczajny sposób…

Czy w dzisiejszych czasach możliwe jest zrobienie jakiegoś filmu bez użycia masy efektów specjalnych? Do tego rzecz dziejąca sie w sumie w jednym miejscu? Wydaje się trochę nieprawdopodobne jak na dzisiejsze czasy. Zalewani jesteśmy obrazami z masą efektów specjalnych, podziwiamy różne plenery itd. A tutaj zwyczajne miasto, zero efektów. I co? Dla mnie bomba. Schumacher stworzył film bardzo dobry pod każdym względem. Wszystko dzieje się strasznie szybko, nie ma nawet czasu na myślenie. Przyjmujemy wszystko, jak leci. Niepokój Stuarta, “uwięzionego” w budce telefonicznej, tylko potęguje nasz niepokój. Wręcz sami czujemy się osaczeni. Trzeba przyznać, że Farrell wywiązał się dobrze z postawionego zadania. Brak efektów tylko ukazuje, że podobna historia może wydarzyć się wszędzie, aczkolwiek jest to trochę naciągane myślenie, jednak czy jest to niemożliwe do spełnienia? Na to pytanie trzeba sobie odpowiedzieć samemu.

Obraz ten trwa trochę ponad 80 minut. Jednak, według mnie, żadna poświęcona mu minuta nie jest stracona. O fabule za dużo nie powiedziałem, żeby nie odkrywać przed nikim przyjemności pochłaniania tego dzieła. Jeżeli tylko ktoś lubi filmy, które dzieją się szybko, w których nie ma czasu na myślenie, ale skłaniają do tego po skończonym seansie, to po prostu musi to zobaczyć i tyle.

Ocena: 8/10

h1

To samo drugi raz.

listopad 1, 2008

Remake’i można obrzucać bluzgami, mieszać z błotem. I tak najczęściej się dzieje. Sporo filmów,  nakręconych ponownie, nie dorasta oryginałom do pięt. Nic w tym dziwnego, bo oryginały powinny zostać niedoścignione. Tak też jest w tym przypadku.

Ponad 30 lat temu powstało dzieło wyśmienite, klasyk filmów grozy, jeden z moich ulubionych jeżeli chodzi o horror. 2 lata temu, a dokładnie 6.06.2006 roku, premierę miał remake tego klasyku. Długo zabierałem się za obejrzenie tego obrazu, z góry zakładałem, że będzie słaby. Jednak tym razem moje przypuszczenia nie do końca się sprawdziły. Nowy “Omen”, bo o nim mowa, nie wnosi praktycznie nic nowego, nic, czego nie widzieliśmy w wersji z lat ‘70. Jednak mimo tego, nie jest filmem złym. Powiem więcej – jest całekiem przyzwoity. Podobnie jak pierwowzór ma klimat, dobrą grę aktorską jak i ścieżkę dźwiękową. Jednak to wszystko już było. I nie ma się co rozczulać – jest to film zrobiony prawidłowo, wciągający, jednak nie pokazuje nic nowego. To po prostu nowa wersja, z innymi aktorami. W sumie, może nie powinien w ogóle powstać, bo nie sądzę, aby pierwowzór jakoś specjalnie się zestarzał mimo długiego czasu, jaki minął od jego premiery.

Ocena: 5/10

h1

Puk, puk.

październik 12, 2008

“To wydarzyło się naprawdę.” – już na początku seansu widz zostaje potraktowany takim oto stwierdzeniem. No cóż, jeżeli przeciętny człowiek dowie się, że film, a do tego coś a’la horror, wydarzyło się w przeszłości, to co zrobi? Zapewne uderzy do kina w celu obejrzenia tego arcydzieła. Jednak w tym wypadku nie ma sensu zawracać sobie głowy. “Nieznajomi” mają tyle wspólnego z arcydziełem, co “American Pie” z filmem ambitnym. Krótko mówiąc – nic.

James postanawia zabrać Kirsten do położonego gdzieś poza miastem domku, w celu oświadczenia się jej. Kirsten odrzuca oświadczyny. James dzwoni do przyjaciela, aby ten po nich przyjechał, jednak deklaruje on swoją pomoc dopiero rano. I tak para zostaje w owym domku na całą straszną i ciemną noc. Niespodziewanie do drzwi puka kobieta z pytaniem “Jest Tamara?”. Ale to dopiero początek.

Po udanym zwiastunie, obiecałem sobie, że wybiorę się do kina. Tak też zrobiłem. Jednak to, co zobaczyłem, to raczej jakiś anty-film. Dwójka bohaterów kręci się po domu bez celu. Dialogi są na tyle rozbudowane, że słyszymy dwa, góra trzy słowa podczas rozmowy głównych bohaterów. Pukanie do drzwi jest tak silne, że ja sam miałem wrażenie, że to słoń, nie człowiek stoi po drugiej stronie. Ogólnie, to całe to coś polega na słuchaniu przeraźliwych dźwięków, oglądaniu jednej, przerażonej miny Liv Tyler, która nie wiadomo co robi pośród tego jakże wspaniałego dzieła i czekaniu na zakończenie. Jednak mamy na co czekać! Pod koniec dowiemy się dlaczego owi “Nieznajomi” pukają! Po co to wszystko się dzieje! Wszak, odpowiedź na pytanie “Dlaczego to robicie?” brzmiąca “Bo byliście w domu” może człowieka zniszczyć doszczętnie. Może odbić się na jego psychice do tego stopnia, że ten na każde pukanie do drzwi będzie panikował.

Ten film jest tak żałosny i chaotyczny jak ta recenzja. No cóż, trzeba, pisząc recenzję, zamknąć w niej cały klimat filmu. Pieniędzy na bilet nie żałuję, bo, mam nadzieję, że zobaczyłem film nominowany… do Złotych Malin. Oby tylko.

Ocena: 1/10

h1

Historia Wade’a.

sierpień 30, 2008

W więzieniach siedzą różni ludzie. Jedni za cięższe, inni za lżejsze przestępstwa. Jednak co, jeżeli jakiś człowiek trafi tam nie do końca słusznie?

Wade Porter, w miarę możliwości, układa sobie życie. Ma synka, dziewczynę, z którą niebawem się ożeni. Do szczęścia brakuje mu tylko pieniędzy, jednak i to przestaje być problem, ponieważ bank zgadza się na pożyczkę. Ma rozkręcać własny interes i dzięki temu zapewnić byt swojej rodzinie. Niestety, zbyt sielankowy nastrój zostaje przerwany pewnej nocy, kiedy do domu Wade’a wkrada się złodziej. Porter, chcący chronić swoją rodzinę, próbuje złapać uciekającego napastnika, przy czym nieopacznie go zabija. Zostaje skazany na 3 lata pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci, jednak sprawy co raz bardziej się komplikują i trafia do zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, gdzie władzę sprawuje skorumpowany porucznik Jackson.

Motyw człowieka niesłusznie oskarżonego i osadzonego w więzieniu pojawił się już w znakomitej ekranizacji prozy Kinga, a mianowicie w filmie “Skazani na Shawshank” Franka Darabonta. I w sumie na tym etapie podobieństwo “Felona” co do “Skazanych…” się kończy. Widać jak najbardziej inspirację dziełem Darabonta, ale R. R. Waugh poszedł inną ścieżką i wyszło mu to całkiem przyzwoicie.

Obraz ten ma na celu ukazanie reali życia w zakładach karnych o zaostrzonym rygorze. Pokazuje, jak ważna jest przynależność do jakiejś grupy, ponieważ w pojedynkę przetrwanie w takim miejscu jest praktycznie niemożliwe. Jednak to tylko jedna strona tej produkcji. Reżyser skupił się także na innej. Jak wiemy, Wade niesłusznie trafił do więzienia o takim charakterze, więc próbuje się stamtąd wydostać. Jednak nie jest to takie podejście do sprawy, jakie zaprezentował nam serial “Prison Break”. Porter, dzięki przynależności do grupy, sprawności fizycznej i nieustannej myśli o rodzinie, przetrwał i nie został złamany. Przy pomocy ludzi z zewnątrz, udowodnił, co tak naprawdę działo się w zakładzie, do czego doprowadzał Jackson. Tutaj, została także ukazana najwyższa forma możliwego poświęcenia, a mianowicie oddanie swojego życia w imię wyższych celów.

Nie jest to tak porywająca, skłaniająca do refleksji i wzruszająca opowieść, jak ekranizacja “Skazanych na Shawshank”, jednak warto zobaczyć, bo to po prostu bardzo dobrze zrobiony film, z dobrą grą aktorską, zainspirowany tamtą historią.

Ocena: 7/10

h1

Zło pokonane kolejny raz.

sierpień 27, 2008

Motyw walki dobra ze złem pojawia się w wielu filmach. Nie każdy z nich jest wysokich lotów. Jest to temat tak oklepany, że aż strach podchodzić do każdego nowego dzieła o tym traktującego. Jednak “Kroniki Spiderwick” Marka Watersa można oglądać bez wahania.

Helen Grace, wraz z trójką swoich dzieci, przeprowadza się do starego domu na odludziu, w którym zaczynają dziać się dziwne zjawiska. Jared, który znajduje przypadkiem pewną księgę, poznaje prawdę o otaczającym go świecie w okolicach posiadłości, a tym samym sprowadza na siebie i swoją rodzinę niebezpieczeństwo. Przy pomocy swojego rodzeństwa stawi czoła złu, które pragnie poznać tajemnice skrywane przez ową księgę.

Jest to historia przede wszystkim skierowana do dzieci. Ale nie do końca. Gdybym ja, w wieku powiedzmy 7 lat, zobaczył niektóre magiczne postaci występujące w filmie, to chyba nie byłbym zadowolony, a bardziej posikany ze strachu. Mimo to, historia ta zachowuje jeden bardzo ważny schemat filmów familijnych, a mianowicie pokonanie zła przez dobro. Jest to jak najbardziej na miejscu, biorąc pod uwagę grono potencjalnych odbiorców, przez co dzieło to jest również bardzo przewidywalne. Jednak, prowadzona zręczną ręką reżysera historia, mimo, że niczym nie zaskakuje, porywa nas w świat magii bez problemu. Nie trudno się odstresować, zapomnieć o trudach życia codziennego, na rzecz udania się w świat przedstawiony.

Obok takich produkcji, jak “Harry Potter” czy “Opowieści z Narnii”, obraz ten wydaje się bardzo kameralny. Nie był ani jakoś szczególnie promowany, ani też robiony z wielkim rozmachem. Absolutnie mu to nie zaszkodziło. Może nawet pomogło, bo dobrze ogląda się film ze świadomością, że nie jest powszechnym obiektem kultu i wtedy łatwiej wyrobić sobie zdanie na jego temat, bez odgórnego kierowania się opinią publiczną.

Wszystko jest na swoim miejscu, nic nie przynudza, nie ciągnie się i ani się obejrzymy, kiedy historia skończy się happy endem. Ot, dobrze opowiedziana, przyzwoicie zrobiona produkcja, nie tylko dla dzieci.

Ocena: 7/10

h1

Reżim Idi Amina.

sierpień 25, 2008

Ludzie umieją udawać, pod pozorami kryć twarz. I nic w tym złego, jeżeli nie wyrządzają nikomu krzywdy. Sytuacja diametralnie się zmienia, kiedy pod pozorem większego dobra, stają się tyranami i po kolei niszczą wszystkich, którzy staną im na drodze.

Młody lekarz, Nicholas Garrigan, krótko po zdobyciu dyplomu, wyjeżdża do Ugandy w celu przeżycia niesamowitej przygody oraz pomocy tubylcom. Niespodziewanie zostaje zauważony przez tamtejszego prezydenta, Idi Amina, i zostaje jego osobistym medykiem jak i doradcą. W osobie władcy widzi przede wszystkim dobrego przywódcę, kochającego ojca jak i wspaniałego człowieka. Jednak wydarzą się rzeczy, które całkowicie zmienią nastawienie młodego medyka co do dyktatora, a jego życie zawiśnie na włosku.

Osobę Amina poznajemy z czasem, oczami Garrigana. To on odkrywa przed nami co raz to nowsze cechy prezydenta. Początkowo obraz ten jest przyjemny, nawet humorystyczny. Jednak z czasem, zmienia się w co raz bardziej odpychający, wraz z nowymi przeżyciami Garrigana, żeby pod koniec stać się wręcz obrzydliwy. Nie jest to wszystko może ukazane bardzo dobitnie (o ofiarach reżimu przede wszystkim się mówi, nie pokazuje), jednak jest kilka naprawdę mocnych scen, które ruszą niejednego człowieka. A zakończenie ogląda się z takim skupieniem i zainteresowaniem, że jeszcze w trakcie napisów końcowych, trudno oderwać wzork od ekranu.

Poprzez postać Idi Amina widzimy, jacy niektórzy ludzie potrafią się stać, jak walczyć o swoją pozycję i co robić ludziom, którzy ośmielili się ich zdradzić. Jednak Amin nie działa sam. On ma od tego osoby, które wiernie spełnią jego rozkazy. Sam nie brudzi sobie rąk, a gdy widzi, do czego doprowadzają jego działania, stwierdza, że to nie miejsce dla niego i odchodzi gdzie indziej, pokazując swoją zakłamaną twarz dobrego człowieka. Chyba właśnie w taki sposób postępują tchórze, którzy nie umieją patrzeć na wyrządzane przez siebie krzywdy, a tylko ukrywać wszystko grą pozorów. Smutne jest tylko to, że tacy “ludzie” naprawdę istnieją, co potwierdza ten film, bazujący na wydarzeniach autentycznych.

Jednak to, co tak naprawdę podziwiamy na ekranie, to kreacja aktorska Foresta Whitekera. Wyśmienicie wpasował się w rolę prezydenta, czemu Amerykańska Akademia Filmowa nie pozostała dłużna i słusznie nagrodziła go Oscarem w 2007 roku. To zarazem najlepsza rola Amerykanina w historii jego aktorskiej kariery. Po prostu majstersztyk.

Jest to skłaniający do refleksji, bardzo dobrze zrobiny dramat,  który każdy powinien zobaczyć, chociażby dla podziwnia świetnej roli Whitekera. Jednak uważajcie na niektóre sceny, bo są rzeczywiście mocne. I niech nie zwiedzie Was tytuł. To tylko przenośnia.

Ocena: 8/10

h1

Magicznie, jednak niedoskonale.

sierpień 24, 2008

Samotność może wywoływać u ludzi różne odczucia. Jedni ją lubią, inni wręcz szaleją, kiedy nie mają się do kogo odezwać czy z kim pobyć. A jeszcze inni wymyślają sobie różne niestworzone rzeczy, aby tylko odrzucić od siebie uczucie osamotnienia. Podobnie rzecz ma się w filmie “Dom nad jeziorem” Alejandro Agresti’ego.

Do domu położonego nad jeziorem wprowadza się architekt Alex Wyler. W skrzynce pocztowej odnajduje list byłej lokatorki. Jest zdziwiony, ponieważ dom jest strasznie zaniedbany i początkowo sądził, że był niezamieszkały przez sporo lat. Poprzednią właścicielką okazuje się Kate Forester, lekarka, która porzuciła mieszkanie w owym domu na rzecz pracy w szpitalu w Chicago. Jednak który z bohaterów tak naprawdę pierwszy zamieszkiwał posiadłość? Cechą, która łączy oboje ludzi, jest samotność.

Skrzynka pocztowa. Rzecz taka zwykła, tak dobrze każdemu znana, w filmie Agresti’ego jest czymś w rodzaju łącznika międzyczasowego.  Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, w jakiś niewyjaśniony sposób łączy ze sobą dwie osoby żyjące w tym samym miejscu, jednak w odstępie dwóch lat, a dzięki właśnie tej skrzynce, komunikują się ze sobą listownie. Wydaje się trochę dziwne i w sumie słusznie, bo cały ten obraz taki jest. Ma w sobie coś magicznego. I chwała Bogu, że scenarzyści nie wpadli na “genialny” pomysł wytłumaczenia wątku z ową skrzynką, bo wtedy cały urok tej historii straciłby blask. Ogólnie, jest mało dynamicznie, wręcz ciągnie się to jak flaki z olejem. Sama fabuła musi zainteresować od samego początku, bo inaczej oglądanie nie ma najmniejszego sensu i wtedy najlepiej od razu wyłączyć ten film, niż po seansie wieszać na nim psy.

Reżyser umiejętnie przeplata wątki z życia Alexa z tymi z życia Kate. Przez co obraz nie jest monotonny. Oglądamy kilka scen jednego bohatera, aby później przenieść się w przyszłość (czy też cofnąć się w czasie), aby zobaczyć co słychać u drugiego. Jak najbardziej właściwe podejście.

Jednego, czego najbardziej się obawiałem, to aktorstwo. Szczególnie w wykonaniu Reeves’a. Po oglądaniu jego “popisów” w “Draculi” Coppoli, miałem serdecznie dosyć i na dłuższy czas odpuściłem sobie filmy z jego udziałem. Jednak fabuła “Domu…” zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłem się przełamać i dać mu jeszcze jedną szansę. I dobrze zrobiłem, ponieważ tutaj Keanu wypadł nieźle. Co do Bullock, też nie jestem jakoś specjalnie przekonany. Z reguły irytuje mnie w każdym filmie. Jednak, o dziwo, tutaj jakby wpasowała się w rolę. Niestety nic nie przysłoni wad sceny końcowej, nawet gdyby odbywała się po ciemku. To, że opowieść jest nierealistyczna, to jedna sprawa, jednak to, w jaki sposób bohaterowie okazali sobie na końcu uczucia, woła o pomstę do Nieba. Motyw miłości, która przetrwa wszystko, nawet barierę czasu, też jakoś specjalnie nie zachwyca.

Obraz ten można interpretować na wiele sposobów. Jednak niezaprzeczalnym faktem jest to, że od początku trzeba zainteresować się przedstawioną historią. Przymykając oko na niedoskonałości scenariusza, bez problemu można odpłynąc wraz z następującymi wydarzeniami. Tylko uważajcie, żeby nie zasnąć.

Ocena: 6/10

h1

Uważaj, komu ufasz.

sierpień 23, 2008

Przyjaciel, to ktoś ważny w życiu każdego człowieka. Jednak czy można obdarzyć go bezgranicznym  zaufaniem? A co ważniejsze – czy można oddać w jego ręce swoje życie? Odpowiedź nasuwa się sama, jednak poszukajmy jej w “Przebudzeniu” Joby’ego Harolda.

Clay wiedzie na pozór udane życie. Jest młody, przystojny, prowadzona przez niego firma przynosi ogromne dochody. Ma piękną dziewczynę i kochającą matkę. Jednak to, co na pozór wydaje się różowe, wcale takie nie jest. Mężczyzna ma poważną wadę serca i tylko przeszczep może uratować mu życie. Nie zważając na protesty matki, postanawia poddać się operacji u swojego przyjaciela, Jacka Harpera, który już raz uratował mu życie. Jednak czy to dobra decyzja? Czy pozornie wspaniały przyjaciel okaże się taki w rzeczywistości? Może to matka miała rację?

Film ten dotyczy pewnego fenomenu w dziedzinie medycyny, albowiem niedziałającej narkozy. Po podaniu jej, pacjent na pierwszy rzut oka wygląda na śpiącego, jednak jest on sparaliżowany i czuje każdy ruch lekarza na swoim ciele. Niezbyt przyjemne. Do tego dorzućmy, że osoba ta “wychodzi” ze swojego ciała, dowiaduje się co się święci, jednak kompletnie nic nie może zrobić.

Mowa tu także o czymś innym. O fałszywej przyjaźni, nadmiernym zaufaniu. O tym, do czego niektórzy ludzie są zdolni, aby polepszyć swoją sytuację majątkową. Ale również o poświęceniu własnego życia, w imię pomocy drugiej osobie. W sumie tematy życiowe, mądre. Jednak film ten nie jest jakoś dobitnie przekonujący. Już sam początek przysporzył mnie o dreszcze, bo praktycznie było wiadomo jak owa historia się skończy. Chciałem wyjść z kina, jednak zostałem. Dalej było na szczęście tylko lepiej. Z biegiem czasu wszystko się rozkręca, a my poznajemy prawdziwą naturę “dobrych” i “życzliwych” ludzi.

Jeżeli komuś nie przeszkadza widok wnętrzności, to może zobaczyć. Jednak nie ma się czym ekscytować, bo film ten nie jest jakiś wybitny. Ot, obraz przekazujący mądre prawdy życiowe, dziejący się w szpitalu, a ściślej na sali operacyjnej, bo to ona jest punktem docelowym całej tej historii. I nic poza tym.

Ocena: 6/10