Arcydzieło w swoim gatunku.
czerwiec 30, 2008
Jak napisać recenzję czegoś, co jest uznane powszechnie za arcydzieło? Na początek,
trzeba przyznać rację opinii publicznej i krytykom. “Rzymskie wakacje”, to bez wątpienia arcydzieło. A już na pewno w swoim gatunku. Z góry jednak trzeba zaznaczyć, że nie jest to film dla każdego, nie mniej jednak, każdy powinien go zobaczyć.
Młoda księżniczka Anna podróżuje po Europie. Jednak punktem docelowym, w którym dzieje się akcja, jest Rzym. Księżniczka jest znużona i sfrustrowana swoim, ustalonym według sztywnych reguł, życiem. Pewnego wieczoru następuje kulminacja jej frustracji i wymyka się z miejsca pobytu, aby zakosztować choć trochę prawdziwego życia. Poznaje dziennikarza, Joe Bradley’a, dzięki któremu jej marzenie o posmakowaniu zwyczajnego życia się spełnią.
Wszystko wydaje się trochę schematyczne, podobne do współczesnych, godnych pożałowania, komedii romantycznych. Jednak trzeba pamiętać, że obraz ten ma już ponad 50 lat i to z niego czerpią twórcy dzisiejszych komedii tego typu. Tylko, że dalej nie ma dowodu, że jest to arcydzieło. No to przyjrzyjmy się bliżej. Po pierwsze i najważniejsze, na uwagę zasługuje scenariusz. Jest śmiesznie, romantycznie i ogólnie tak, jak być powinno. Wiele scen z tego dzieła przeszło do historii kina, a to już o czymś świadczy. Na pewno sporo osób kojarzy scenę, kiedy Anna i Joe wkładają ręce do, owianych legendą, Ust Prawdy. Scena ta jest perfekcyjnie zagrana. Czytałem gdzieś, że Hepburn szczerze spanikowała, kiedy Peck zaczął symulować utratę ręki. W każdym razie, wygląda to bardzo realistycznie. Na uwagę zasługuje też zakończenie. Jeżeli ktoś spodziewa się tandetnego i powszechnego końca tej całkiem niezłej historii, jakie funduje nam “z uporem maniaka” współczesne Hollywood w tego typu produkcjach, to zdziwi się. Bo takie zakończenie, po pierwsze, popsułoby cały odbiór filmu, a po drugie niezły byłby to absurd. Zobaczcie, a pewnie zrozumiecie, co uważam za taki ‘absurd’.
Kolejnym aspektem, na który po prostu trzeba zwrócić uwagę, jest aktorstwo. I to aktorstwo na najwyższym poziomie. Gregory Peck, to Gregory Peck. W czasie kręcenia tego dzieła był u szczytu kariery, a występ w “Rzymskich wakacjach”, tylko zwiększył jego popularność. Chodzi tutaj jednak o Audrey Hepburn, która zagrała mistrzowsko swoją rolę, a uhonorowanie Oscarem było tylko formalnością.
Napisałem, że nie jest to film dla każdego. Z gatunku, przede wszystkim, jest skierowany do kobiet. Mężczyzn najzwyczajniej może nudzić. Jednak ja, jako mężczyzna, otwarcie powiem, że to najlepsza komedia romantyczna, jaką w życiu widziałem, a nie jest to mój ulubiony gatunek. Jednak zostańmy przy tym, że nie każdemu się spodoba, ale każdy powinien go docenić.
Filmy wzorowane na tym dziele można wymieniać i wymieniać. Szkoda tylko, że żaden mu nie dorównał, a przypatrując się dzisiejszemu stanowi gatunku, pewnie szybko żaden nie dorówna. A szkoda.
Ocena: 10/10
Dziwnie, ale na swój sposób mądrze.
czerwiec 29, 2008
Pewna prawda głosi, że przeciwieństwa się przyciągają. Jest w tym na pewno trochę racji, a “Błękit nieba” Tony’ego Richardsona ukazuje to, chociaż w sposób jakże nietuzinkowy, bardzo dobrze. Dawno nie widziałem czegoś tak, z jednej strony, mogłoby się wydawać durnego, zaś z drugiej mądrego i traktującego o czymś bardzo istotnym w życiu każdego człowieka, albowiem miłości.
Hank Marshall, to zrównoważony, poukładany, a nawet dosyć sztywny fizyk jądrowy, bardzo ceniony w swoim fachu. Jest dobrym, opiekuńczym ojcem dla dwójki swoich córek. Carly Marshall to jego żona. Jednak jakże odmienna. Może się nawet wydawać, że niezrównoważona psychicznie, żyjąca w swoim świecie, skora do zabawy i, o zgrozo, zdrady. Jak już wspomniałem, przeciwieństwa się przyciągają, a Carly nie jest wcale negatywną postacią, jak po przeczytaniu tych wypocin może się wydawać. Po dosłownym spieprzeniu czegoś [czy też pieprzeniu się z kimś], naprawia swoje błędy. Jednak co, po co i dlaczego - zobaczcie sami.
Z trudem przyporządkować to dzieło do jakiegoś gatunku. Z założenia miał to być prawdopodobnie dramat. A wyszedł komediodramat z bardzo dużą dawką obyczaju. Czy to źle? Absolutnie nie. Film ogląda się dobrze. Nie przynudza, chociaż czasem zadziwia, ogłupia człowieka jedną sceną, skłania do refleksji drugą i tak to się toczy przez około 100 minut, po czym następuje zakończenie jak z tandetnej komedii romantycznej, ale jakże odpowiednie dla tego obrazu. Bo cóż poczęła by biedna Carly, gdyby Hank nie okazał się wyrozumiałym i kochającym mężem?
Pochłanianiu tego filmu sprzyja dobra obsada aktorska. Mamy tutaj, przede wszystkim, Tommy Lee Jonesa w roli Hanka Marshalla, oraz Jessicę Lang w roli jego żony. Jones jest tak sztywny [oczywiście na potrzeby roli], że widz, nie znający go z innych filmów, mógłby zwątpić w jego umiejętności aktorskie. Natomiast Lang wygląda na rzeczywiście niepoczytalną, przez co wszytko jest wiarygodne i na właściwym miejscu.
Nigdy. Absolutnie nigdy po obejrzeniu żadnego filmu nie miałem w głowie takiej pustki. Jak ocenić dzieło, które jest mądre, ale przedstawia to w ogłupiający sposób? Może ten film powinni oglądać tylko Amerykanie? Tyle tylko, że nakręcił go Brytyjczyk.
Wspomniałem, że jest o miłości. Miłość, która przetrwa wszystko. Miłość, która łączy ze sobą skrajnie różnych ludzi. Miłość, dzięki której możliwe jest przebaczanie. Miłość - motyw przewodni filmu.
Film bez wątpienia godny obejrzenia. I na pewno dobry, tyle, że najzwyczajniej pokopany. Ale to tylko moje zdanie. Może to ja jestem jakiś inny, odbierając tak to dzieło? Sam nie wiem.
Ocena: 8/10
Zbyt wcześnie…
czerwiec 21, 2008
Zacznę pytaniem: po co kręcić obraz, traktujący tak bardzo o wydarzeniach aktualnych?
“Ukryta strategia” składa się z trzech, z pozoru niepowiązanych ze sobą, historii. Z jednej strony, to wywiad przeprowadzany przez doświadczoną dziennikarkę, która dociekliwie wypytuje senatora o plan działań wojennych, z drugiej, rozmowa doświadczonego profesora, weterana wojennego, z młodym studentem. I pozostaje część trzecia, w której został ukazany dramat dwóch żołnierzy, pozostawionych na wrogim terenie po nieudanej akcji. Wszystkie wydarzenia przeplatają się ze sobą i toczą w ciągu jednej godziny. Uogólniając - jest to podsumowanie działań związanych z polityką zagraniczną przez reżysera filmu - Roberta Redforda. Jednak, czy jest to ciekawe?
Według mnie, ten film nie powinien w ogóle powstać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Mówi o wydarzeniach w miarę aktualnych, o których i tak ciągle słychać w mediach. Co z tego, że Redford ocenił działania USA w kwestii wojny z terroryzmem? Zawiewa propagandą. Do tego, dawno nie widziałem czegoś tak nudnego. To dzieło, już z założenia, powinno być dynamiczne, a zostało nam ukazane coś statycznego, pozbawionego większych emocji.
Głównym atutem dzieła, jest jego obsada, chociaż tylko z pozoru. Mamy tutaj Meryl Streep w roli dziennikarki, Toma Cruise’a w roli senatora oraz Roberta Redforda jako profesora. No tak. Wiadomo, że po zapoznaniu się z obsadą, ilość osób chętnych na obejrzenie tego filmu będzie co najmniej spora. Ale ów dzieło nie stoi na wysokim poziomie nawet od strony gry aktorskiej, chociaż powinno. Klasowej światy aktorzy powinni pokazać zdecydowanie więcej od tego, co ukazali.
Kolejnym ważnym aspektem powinna być niepewność o losy wspomnianej dwójki żołnierzy. No dobra, do końca nie wiemy, co się z nimi stanie - czy zginą śmiercią tragiczną za ojczyznę, czy zostaną uratowani. Zakończenia nie zdradzę, ale napiszę, że podczas oglądania tego filmu, los żołnierzy nie zainteresował mnie i obojętne było mi, czy zejdą z tego świata, czy jeszcze trochę na nim pobędą. Może właśnie to chciał ukazać Redford, wywołując reakcję obojętności, bo właśnie taka jest postawa amerykańskich władz wobec ludzi walczących w ich imieniu? I właśnie dlatego ten film jest trudny do ocenienia: nie jest jednoznaczny.
Skoro już powstał - należy go podsumować, ocenić. Redford chciał nakręceniem tego, podsumować pewien dział w historii USA. Według mnie, został nakręcony za wcześnie. Może za kilka lat moje spojrzenie na to dzieło będzie inne, na razie jest ono dla mnie słabe. Nie oglądajcie. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Ocena: 3/10
O przyjaźni i dorastaniu.
maj 12, 2008
Ten piękny film Roba Reinera został nakręcony na podstawie książki “The Body” Stephena Kinga. Nie jest to, jakby mogło się wydawać, film grozy, ale cudowny obraz o dojrzewaniu, poznawaniu siebie, z motywem wędrówki w tle. Od razu widać, że ów dzieło zachwyciło mnie. I tak jest w rzeczywistości.
Mamy rok 1959. Małe miasteczko w Nowej Anglii w USA. I czwórkę przyjaciół, którzy wyruszają w celu odnalezienia ciała swojego rówieśnika, potrąconego przez pociąg kilkadziesiąt kilometrów od wspomnianej miejscowości. Oczywiście, mogą pojechać tam najzwyczajniej autobusem czy też autostopem, jednak wybierają drogę “z buta”. A trzeba zaznaczyć, że będzie to wędrówka, dzięki której dowiedzą się więcej o sobie, może nawet zmieni się ich światopogląd. A droga wiedzie torami kolejowymi…
Od kiedy przeczytałem synopis, dzieło to wydało mi się interesujące, mało banalne. I takie rzeczywiście jest. W filmie ujęty jest obraz Ameryki schyłku lat ‘50. ubiegłego wieku, ale jakże aktualny dzisiaj. Jest mowa o stereotypach czy też ocenie pozornej człowieka, przez co niektórzy z góry są skreśleni. Jednak nigdy nie do końca. Każdy może zawsze zmienić się na lepsze, obalić błędne mity na swój temat, wyjść z cienia. Bohaterowie przeżywają wewnętrzną przemianę, wraz z rozwojem akcji, aby na końcu poznać, co jest tak naprawdę ważne. A przede wszystkim poznają, czym jest prawdziwa przyjaźń.
Młodzi aktorzy perfekcyjnie wywiązują się ze swojego zadania. Jednego z czwórki przyjaciół gra młody River Phoenix, który, gdyby żył, byłby bez wątpienia wielkim aktorem. Chociaż pozostała trójka wcale nie wypadła gorzej. Można powiedzieć, że wszyscy czworo uzupełniają się nawzajem i razem tworzą naprawdę bardzo dobry kwartet. Z innych występujących w tej produkcji aktorów, należy wspomnieć Kiefera Sutherlanda, który, mimo że nie miał bardzo znaczącej roli, również ukazał swoje umiejętności aktorskie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek spotkał się z jakąś książką Kinga, wie, że mają one niepowtarzalny klimat, a w ekranizacji liczy się to, aby chociaż trochę był wyczuwalny. W tym filmie, wyczuwa się go bez największych problemów. Bez problemu wiadomo, kto stoi za ową historią.
Jest to dzieło na pewno warte uwagi. Oglądając je, łatwo przypominamy sobie swoje dzieciństwo, swoich znajomych, przyjaciół. Ukazuje, że przyjaźń i miłość, to wartości najcenniejsze w życiu. Pod wpływem przyjaciół możemy się zmienić na lepsze, inaczej postrzegać świat. Jest to film przede wszystkim o dorastaniu oraz trudami z nim związanymi. “Stań przy mnie” można bez wahania wpisać na listę najlepszych ekranizacji prozy Kinga, obok “Zielonej Mili”, “Skazanych na Shawshank” czy “Lśnienia”. Wystawiam temu filmowi najwyższą ocenę, ponieważ zauroczył mnie, skłonił do refleksji. Szczerze polecam.
Ocena: 10/10
Ucieczka przed zgiełkiem miasta raz jeszcze.
maj 6, 2008
Mamy rodzinę. Mamy ich nowy dom w wiejskiej okolicy. Znajome, prawda? No tak. Było już wiele, wiele razy. Ale może należy po raz n-ty zobaczyć, co tym razem pokaże nam twórca? Ja właśnie dlatego wziąłem się za oglądanie tego filmu.
Cooper i Leah Tilson, wraz z dziećmi, chcą uciec od miejskiego zgiełku. W tym celu szukają domu gdzieś na uboczu, z dala od głośnych ulic, pogoni za pieniądzem, a może nawet od chmary ludzi. I znajdują takie miejsce. “Cold Creek Manor”, bo tak nazywa się owa posiadłość. Kupują ją. Wprowadzają się. Zaczynają generalny remont. Ale oczywiście, sielankowy nastrój nie może trwać wiecznie, bo wtedy ten film nie miałby sensu. Pojawia się były właściciel. Oferuje swoją pomoc, udaje miłego. Oczywiście, jak to bywa w tego typu produkcjach, rodzinka zgadza się, uprzednio zastanawiając się nad tym. Jednak czy miły, z pozoru, mężczyzna okaże się taki w rzeczywistości? To już zobaczcie sami.
Po przeczytaniu opisu dystrybutora na odwrocie pudełka DVD, stwierdziłem, że film może być ciekawy. Nie nastawiałem się na jakieś arcydzieło. Jednak to, co zobaczyły moje oczy, nie można nazwać nawet dobrym filmem. Do połowy jest dosyć nieciekawie. To co ma wprowadzać elementy niepokoju, nie straszy, a to co ma wywoływać napięcie, nie wywołuje go. Rzecz zmienia się dopiero w drugiej części filmu. Ogląda się go z dużo większym zapałem i w znacznie większym napięciu aż do końca. Czyli wychodzi na to, że jedna część zamazuje słabości drugiej, co prowadzi do tego, że obraz ten jest po prostu przeciętny.
Został nam ukazany film z dobrą obsadą [m.in. Quaid, Stone], który tak naprawdę nie pokazuje niczego nowego. Jak najbardziej do obejrzenia i szybkiego zapomnienia, bo w pamięci, to on na pewno długo nie zostanie. Panie Figgis - więcej oryginalności, proszę.
Ocena: 5/10
Bo tak powstało kino s-f…
maj 5, 2008
Od razu należy stwierdzić, że mamy do czynienia z kolejnym fundamentem naszego kochanego kina. Dzieło “Podróż na księżyc” Mélièsa, to kolebka filmów science fiction i pierwszy w historii film tego gatunku. Trwa niespełna 15 minut, a jego premierę datuje się na 1 września 1902 roku.
Obraz opowiada o podróży uczonych na Księżyc. Zostają wystrzeleni ogromną armatą i trafiają do celu, a dokładniej - w jego oko. Na miejscu zostają pojmani przez tubylców. Jednak ucieczka nie jest wcale trudna. Wystarczy parasolem dotknąć czubka głowy nieprzyjaciela, a nastąpi jego unieszkodliwienie.
W filmie oglądamy wiele efektów specjalnych, które naprawdę robią wrażenie. Trzeba pamiętać, że to rok 1902. Osobiście, byłem szczerze zdziwiony, kiedy po obejrzeniu zdałem sobie sprawę, że pochodzi z samego początku XX wieku. Sam datowałem go na lata ‘30. Zupełnie nie dziwi fakt, że po premierze tego dzieła, które było wyświetlane między innymi we Francji i USA, Méliès zdobył międzynarodową sławę.
Polecam ten obraz każdemu. Szczególnie fanom dzisiejszego kina s-f. Zobaczcie jak zrodził się Wasz ulubiony gatunek filmowy. To także obowiązkowy materiał dla innych osób, którzy chcą poznać, od czego zaczęło się tworzenie historii kina.
Ocena: 10/10
Fundament X Muzy.
maj 4, 2008
Lumière. Nazwisko, z którym spotkał się prawdopodobnie każdy, a już na pewno szanujący się kinomaniak. Mamy 28 grudnia 1895 roku. Paryż. Bulwar Kapucynów. A tam rzecz dotychczas niesłychaną: pierwszą publiczną projekcję filmu! Dzieło “Wyjście robotników z fabryki”, bo o nim mowa, to trwający tylko 48 sekund obraz, ale niezwykle ważny w historii kinematografii. Można rzec, że jej fundament.
W tytule zawarte jest praktycznie wszystko. Co nikogo pewnie nie zaskoczy, film ukazuje wyjście robotników z fabryki. Został nakręcony w Lyonie we Francji. No dobra - bracia Lumière ukazali tytułowe wyjście, należy docenić ten obraz i tyle. No nie do końca. Dla mnie, ‘wyjście’ ma znaczenie bardzo symboliczne i metaforyczne. ‘Wyjście’ to wydostanie się skądś, odzyskanie wolności, przejście z ‘ciemności’ do ‘światła’. Ale także otwarcie się na nowe rzeczy, udoskonalanie techniki, poszerzanie horyzontów. I właśnie to jest, wg mnie, najważniejsze. Bracia, poprzez ukazanie tego ‘wyjścia’, chcieli ukazać coś ukrytego, symbolicznego. Chcieli zaznaczyć, że zaczyna się przełom, że zaczyna się nowy rozdział w dziejach ludzkości, że powstaje nowy gatunek sztuki - sztuka filmowa!
Podsumowując, jest to obraz obowiązkowy dla każdego bardziej zainteresowanego w kinie człowieka. Należy pamiętać, że gdyby nie to dzieło, dzisiaj nie byłoby takich filmów jak “Ojciec Chrzestny” czy takich efektów specjalnych, jakimi cieszy się nasze oko podczas oglądania “Transformers”. Po prostu nie byłoby kinematografii. Oczywiście w tym momencie fantazjuję, ale jak dla mnie, to jeden z fundamentów X Muzy.
Ocena: 10/10
—
Dziwi Was zapewne, dlaczego piszę recenzję tak starego filmu. Otóż, zacząłem oglądać filmy z tej listy - najważniejsze filmy w historii kina. Recenzje będą pojawiały się sukcesywnie.
Niespodziewana ciąża.
kwiecień 12, 2008
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co zrobilibyście, gdyby okazało się niespodziewanie, że zostaniecie rodzicami? Właśnie z takim pytaniem spotyka się tytułowa bohaterka filmu “Juno” J. Reitmana.
A wszystko zaczęło się od pewnego fotela, fotela, na którym Juno (Ellen Page) straciła dziewictwo z niejakim Bleekerem (Michael Cera). Wszystko było dobrze. Aż niespodziewanie - dziewczyna dowiaduje się, że jest w ciąży. Początkowo myśli o aborcji, jednak szybko zmienia zdanie. Postanawia znaleźć rodzinę dla swojego przyszłego dziecka. I znajduje. Zaprzyjaźnia się nawet z przyszłym “ojcem”. Jednak nie wszystko układa się tak różowo. Można pokusić się o stwierdzenie, że wszystko komplikuje się coraz bardziej wraz z “powiększaniem się” brzucha nastolatki. Idealne, na pozór, małżeństwo, wcale takie nie jest. Tylko co teraz?
“Zabierając się” za ten film, byłem nastawiony na naiwną, może nawet głupią, historyjkę. Jednak myliłem się. Chociaż z pozoru wydaje się prosty i taki, jak mnóstwo innych komedii, wyróżnia się. Po pierwsze - na uznanie zasługuje scenariusz. Według mnie, słusznie nagrodzony Oscarem. Kolejnym aspektem jest to, że tak naprawdę do końca nie wiemy, co stanie się z dzieckiem, ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, sprawy się komplikują. Przez to obraz nie jest w całości przewidywalny. Film zachowuje typowe cechy komedii dla nastolatków. Ogólnie mówiąc - można się pośmiać. Jednak, nie jest to komedia głupia, typu “American Pie”.
Niektórzy mogą rzec, że reżyser podszedł bardzo lekkomyślnie do zagadnienia, jakim jest ciąża. Można nawet uznać, że ów obraz, jest obrazą takich dzieł, jak na przykład “4 miesiące…”. Jednak trzeba pamiętać, że to komedia. Nie można porównywać jej, dla przykładu, z filmem Mungiu.
Jeżeli podejdziecie do “Juno” z pewnym dystansem i nie będziecie przypuszczać “do czego mogła doprowadzić bezmyślność dwójki nastolatków” [chodzi tutaj oczywiście o aborcję], to film powinien Wam się spodobać. To komedia. Zresztą bardzo dobra.
Ocena: 8/10
Potrawa ciężkostrawna.
kwiecień 6, 2008
Na film wybrałem się, można powiedzieć, przez przypadek. Zaintrygowała mnie obsada. Obecność takich nazwisk jak Weaver, Hurt czy Whitaker robi swoje. Sam pomysł również wydawał się dobry. Przedstawienie zamachu na prezydenta USA z ośmiu różnych perspektyw - to musi być “coś” - pomyślałem. Jednak nie jest.
Już od początku dzieło wydaje się bardzo schematyczne. Prezydent przyjeżdża, zamierza przemówić, jednak pada postrzelony. To dopiero początek całej historii. Przed nami obejrzenie jej z perspektywy kilku osób - zaczynając od ludzi przypadkowych, poprzez samego prezydenta, kończąc na terrorystach. Mimo określonego schematu, nadal wydaje się ciekawe i intrygujące.
“8 części prawdy”, to obraz, który mamy odkrywać stopniowo, dowiadując się wszystkiego po trochu. Istna układanka. Jednak czy ciekawa? Oglądanie tych samych scen kilka razy może stać się ciężkostrawne. I tak się rzeczywiście dzieje. Po obejrzeniu historii z perspektywy drugiej osoby - miałem ochotę wyjść z kina. Zatrzymała mnie tylko myśl, że jednak “coś” się stanie oraz wszechobecna akcja. Bo właśnie akcja jest tym, co działa na plus całego dzieła. Jednak nic nie zaskoczyło. Wszystko kończy się happy endem. Źli terroryści przegrywają, dobry prezydent i jego wierni “towarzysze” wygrywają. Oklepane i idiotyczne.
Travis miał pomysł na stworzenie czegoś intrygującego i odkrywczego, który się nie udał. Za to powstał kolejny film z gatunku akcji, do tego przeciętny i nużący. Tylko dla fanów sensacji, których nie przeraża oglądanie podobnych scen kilka[naście] razy. Tak więc, zasiądź w fotelu, “wyłącz” szare komórki i oglądaj.
Ocena: 4/10
Początek.
kwiecień 6, 2008
Witam. Jak widać - strona w trakcie tworzenia. Teraz może kilka słów o mnie. Jestem zwykłym człowiekiem, nie do końca normalnym i bardzo dziecinnym jak na osiemnaście lat. Uwielbiam filmy, co wiąże się z powstaniem tej strony. Mianowicie - mam zamiar zamieszczać tutaj recenzje obejrzanych dzieł. Filmem interesuję się od dawna, jest to moje hobby i chcę jakoś związać z tym przyszłe życie. Jednak nigdy nie brałem się za pisanie o filmach, które widziałem. Trzeba to zmienić. Efekty mojej “pracy” będą pojawiały się sukcesywnie. Nie będą to recenzje wysokich lotów, ponieważ dopiero zaczynam, ale mam nadzieję, że z czasem będę pisał coraz lepiej. Tyle słowami wstępu.



